Dokąd mamy Cię zabrać?

Zimowy efekt chińskiego motyla

Teoria mówi, że ruch skrzydeł motyla w jednej części globu, może wywołać ogromny huragan na innym kontynencie. Wydarzenia zimowego okienka transferowego sprawiają, że łatwiej oprzeć ją o futbol niż meteorologię. I zauważyć, że szum banknotów w portfelach chińskich inwestorów wywołać może nie tylko huragan w kasach klubów z czołowych lig Europy, ale nawet silny wiatr między Tatrami a Bałtykiem.

Najlepiej zarabiającym piłkarzem świata został tej zimy Carlos Tevez, który emeryturę miał już zabezpieczoną od lat, gdy tymczasem okazało się, że do odłożonych na konto pieniędzy zarobionych przez 6 lat gry w Manchesterze będzie można dodać gigantyczną pensję za kilkanaście miesięcy kopania piłki w Szanghaju. Jeśli komuś prawie 800 tysięcy euro tygodniówki wydaje się abstrakcyjne, niech tylko spróbuje wyobrazić sobie, co by się stało, gdyby Chińczykom dał się skusić Zlatan Ibrahimović. Szwed - na razie, bo idę o zakład, stawiając dolary do juanów, że niebawem to się zmieni - ofertę odrzucił, choć nawet rząd Państwa Środka gwarantował, że wypłatę grubo przekraczającą milion euro tygodniowo otrzyma. Odmowa Ibry i innych gwiazd z najwyższej półki, sprawia oczywiście, że szefowie chińskich gigantów szukają innych graczy, którzy wzmocnią ich ligę sportowo i wizerunkowo. I znajdują: starszych, słabszych, nie tak utytułowanych, ale nadal interesujących. I mających taką zaletę, jak choćby Oscar, który po zaakceptowaniu oferty z Szanghaju "wyznał", że od dzieciństwa marzył o grze w tym klubie i występach dla setek milionów Chińczyków. Jak tu Brazylijczykowi nie wierzyć? Wszak to oczywiste, że gdy dojrzewał w Sao Paulo podziałała mu na wyobraźnię informacja, że w 2005 roku założono w Azji wielki klub, którego koszulka byłaby najwspanialszym ubraniem na grę z rówieśnikami?...

Nie potępiam piłkarzy wybierających Chiny, na miejscu większości z nich skorzystałbym z szansy zarobienia przez rok tyle, ile moja rodzina nie dała rady mimo ciężkiej, uczciwej pracy przez kilka pokoleń. Wiadomo, że gracze światowego topu – zaliczam tu również negocjujących tej zimy nowe kontrakty w Arsenalu Sancheza i Oezila – ofert nie przyjmą, ale wykorzystają je, by więcej zarabiać w Europie. Wiadomo też, że czujące się niedocenianymi młodsze gwiazdki do Chin pojadą, by dużo zarobić i wzmocnić swoją markę na potężnych rynkach azjatyckich, co przełoży się też na kontrakty reklamowe. Ba, jeśli taki Oscar rozsądnie podejdzie do gry w Chinach, nic nie stoi na przeszkodzie, by rozwijał się pod wodzą Andre Villasa-Boasa i grał w reprezentacji Brazylii. Nikt tak naprawdę nie wie, czy balon pompowany przez Chińczyków pęknie z hukiem, a wiatr porozrzuca w powietrzu nawet faktury w Europie, czy też za kilka lat europejskie telewizje będą walczyć o prawa do tamtejszej SuperLigi, naszpikowanej może gwiazdami?

Wydawało się, że limit obcokrajowców i konieczność ściągania do Chin tylko prawdziwych gwiazd ochroni transferową pogodę w Polsce. Nic z tego. Prawdziwy Ibra ofertę z Azji odrzucił, ale graczowi, pieszczotliwie zwanemu przez fanów Legii „warszawskim Zlatanem” chińskie juany przeliczone na dolary już w głowie zawróciły, powodując problemy w obozie mistrza Polski. Za Nikolicia przychodzi Chima Chukwu, ale Prijović miał w klubie zostać, a on niskiej ceny zagranicznego transferu sobie nie zagwarantował. W Warszawie mają problem, bo kilku piłkarzy i ich menedżerów chce szybko – jak to się brzydko określa – zmonetyzować dobre wrażenie z kilku meczów w LM. I o ile kupno nowych piłkarzy zimą to pomysł doskonały w kontekście przygotowań drużyny do gry w Europie w przyszłym sezonie, o tyle sprzedaż kilku kluczowych graczy może bardzo utrudnić walkę o tytuł. Owszem, jakość nowych graczy może wystarczyć, marka wypromowana w pucharach i budżet nieosiągalny dla reszty ligi pozwolą sprowadzić kandydatów na MVP Ekstraklasy, ale nowy zawodnik nie zawsze da radę od razu pokazać jakość, a z aklimatyzacją różnie to bywa. Dlatego strzałem w dziesiątkę jest Artur Jędrzejczyk, absolutny pewniak jeśli chodzi o umiejętności i wkomponowanie się w zespół, który dodatkowo zrobi atmosferę w szatni. I dlatego też strzałem w ciemno jest Dominik Nagy, młody Węgier, który powinien być świetną lokatą kapitału, ale nie wiadomo z jakim terminem i stopą zwrotu…

Przebudowuje defensywę Lech, który znów zrobił wszystko, by sprzedać Kadara, co wobec odejścia Arajuuriego i wypożyczenia Gumnego pokazuje, że Wołodymyr Kostewycz, solidny Ukrainiec z Lwowa, od początku planowany był tylko jako jedno z wzmocnień. Poznaniacy sprowadzają też niezłej klasy Rumuna, Mihaia Raduta, idąc w kierunku podobnym do tego Pogoni Szczecin, w której zagra wszechstronny, ciężko pracujący w środku pola Mate Cincadze – obaj ci gracze chcą się jeszcze wypromować, zaistnieć w poważnej piłce, obaj powinni grać w podstawowym składzie, na obu może da się zarobić. I to jest kierunek dla polskich klubów szukających wzmocnień poza granicami.

Do Polski trafi też zimą po epizodzie w Arminii Michał Mak, który znów poszuka szczęścia w Gdańsku i Dariusz Formella, który wierzy, że w Gdyni będzie tak skuteczny, jak podczas pierwszego wypożyczenia, gdy strzelił nawet 6 goli w 8 meczach. W przyjaznym sobie środowisku, pełnym rodaków, spróbuje się także odnaleźć zagubiony ostatnio w Zagłębiu Michal Papadopoulos, pokazując, że klimat wokół piłkarza, jego podejście i nastawienie oraz całe środowisko do gry i do życia, ważniejsze są często od pieniędzy. O czym od paru sezonów przekonują przecież Korona Kielce i Ruch Chorzów, czyli kluby, w których najbardziej chyba na okienka transferowe nie patrzy się z chińską nadzieją, a dobrze znanym kibicom w Polsce niepokojem. Na ich pocieszenie – atmosfery w szatni nie kupi się za żadne pieniądze, a o tym, ile da się nią wygrać, przekonali w 2016 roku piłkarze Leicester. Cuda się więc zdarzają. Choć oczywiście lepiej im choć trochę pomóc, regulując przepływ powietrza przez otwarte transferowe okienko we właściwą stronę.