Dokąd mamy Cię zabrać?

O Ja, o Le, o Le, o Le, czyli gwiazdy z odzysku

„Futbol to prosta gra. 22 gości ugania się za piłką tylko po to, by na końcu wygrali Niemcy.” Zdanie Gary’ego Linekera można śmiało przenieść na polskie boiska: Ekstraklasa w ostatnich sezonach to niezwykle ciekawa liga, w której i tak co sezon najbardziej porywa wszystkich rywalizacja Legii i Lecha.

Oczywiście, wyjątki się zdarzają i dlatego liga jest jeszcze ciekawsza niż oczekiwał kiedyś Maciej Skorża. Po połowie sezonu zasadniczego na czele były Lechia oraz Jagiellonia i to właśnie te dwa kluby biły się do końca o miejsce w ciepłym fotelu lidera przez całą zimę. Być może jedna z tych drużyn zdobędzie nawet mistrzostwo Polski, ale nie zmieni to faktu, że mianem „derbów Polski” (tak, też nie lubię tej zbitki słów), nadal określać się będzie rywalizację drużyn z Poznania i Warszawy. Animozje sprzed wielu lat, o podłożu, którego większość kibiców pamiętać zwyczajnie nie może, sprawiają, że te mecze, zwłaszcza pod nieobecność w elicie Widzewa (co jeszcze potrwa…) i organizacyjną słabość Wisły (co miejmy nadzieję niebawem się zmieni…) urastają do miana najbardziej elektryzujących. Przynajmniej do rundy finałowej, przynajmniej dopóki patrzący z góry na resztę kraju kibice z Warszawy i z Poznania nie zrozumieją, że tytuł może powędrować na północ albo na wschód. Długofalowo, marketingowo i finansowo, nikt raczej Wielkiej Dwójce nie zaszkodzi, ale w pojedynczym sezonie? Czemu nie?...

W walce o mistrzostwo sporo zależeć będzie od trenerów, co pokazuje nawet pierwsza grudniowa kolejka, będąca całą rundą jesienną w  pigułce. W piątek Legia straciła punkty, których stracić nie miała prawa, zwłaszcza prowadząc 2:0 – ale przecież nie miała również prawa oddać tylu punktów w początkowej fazie sezonu, po której wielu fanów zdążyło już nawet napisać na swoich profilach społecznościowych, że szanse na obronę tytułu są stracone. Przyjście Jacka Magiery było niczym otwarcie okien w zatęchłej szatni Besnika Hasiego, ale z czasem nawet dla zerwanego ze stryczka wisielca świeże powietrze zaczyna być czymś normalnym, więc i przy Łazienkowskiej w końcu coś musiało się zaciąć.

Sobota to porażka Lechii w Krakowie, czyli kolejny materiał do dyskusji, czy Lechia ma realne szanse na mistrzowski tytuł.  To zespół o ogromnym potencjale ofensywnym, który jednak notorycznie zapomina, że należy także bronić. 0:3 z Wisłą było karą aż nazbyt dotkliwą, ale gdańszczanie od początku grają w myśl zasad rządzących NBA. Skoro trener przyszedł ze Stanów Zjednoczonych, dziwić to nie powinno, ale w europejskim futbolu zdania: „Defensywa wygrywa mecze, ofensywa sprzedaje bilety” używa się jednak rzadziej. Mnie nacisk na grę do przodu się podoba, uważam, że to jest droga dla Ekstraklasy, ale Lechia prezentuje się zbyt beztrosko nawet dla mnie. Ten zespół byłaby w stanie skutecznie skontrować po stałym fragmencie gry nawet jedenastka Manchesteru United George’a Besta i to pomimo faktu, że od lat świetności tego zespołu wiele lat minęło, kilku graczy zmarło, a żyjący mają swoje lata.

Niedziela to walka Jagiellonii z Lechem, wygrana przez Michała Probierza. Czytając w prasie, jak zamierzał ukryć, że wystawi pięciu obrońców miałem pewność, że używa mediów dla swojej gry. Oczekuj więc nieoczekiwanego? Coś jak to, bo oto okazuje się półtorej godziny przed meczem, że kontuzjowany jest najlepszy jesienią gracz Ekstraklasy, Konstantin Vassiliev. W czasach globalnej wioski Białystok znów pokazał, że puszczenie pary z ust w tym chłodnym klimacie to rzecz normalna, ale zdrada tajemnicy się nie zdarza… Czy Michał Probierz triumfował w rywalizacji z Nenadem Bjelicą? Tak, ale nie dał tego Chorwatowi odczuć. Szanuje go, bo zna. Bo wie, że nie jest to kolejny obcokrajowiec, który przyszedł do Polski z poczuciem wyższości, a po to, by wyrobić sobie mocne nazwisko na europejskiej scenie. Obcokrajowiec inteligentny, uczący się skutecznie języka polskiego, a na dodatek potrafiący przekazać swoją wizję zespołowi. On też jest powodem, dla którego rywalizacja o mistrzostwo Polski zapowiada się pasjonująco: mający świetne wyniki od połowy sezonu Magiera i Bjelica, czy Nowak i Probierz, którzy po nikim sprzątać nie musieli, ale i możliwości mają bardziej ograniczone?

Zimę Jagiellonii zdefiniował mecz z Lechem, wygrana pozwoli być może przekonać sponsorów że warto wyłożyć pieniądze na kontrakt Konstantina Vassilieva. Zazwyczaj inwestują i chcą szybkich zysków,  tu ryzyko będzie dużo większe, bo starszego Estończyka dobrze sprzedać się nie da, a gra w pucharach i zyski z niej, to odległa perspektywa.

Vassiliev błyszczy, ale jasno świecą też inne gwiazdy z odzysku. Vadis Odidja – Ofoe pokazuje dlaczego nie tak dawno Norwich, grające jeszcze w Premier League, płaciło za niego pięć milionów funtów. A Miroslav Radović udowadnia, że chociaż szybkości i mocnego strzału nie miał nigdy, reszta wystarczy by z powodzeniem wrócić do Ekstraklasy.

Darko Jevtić udowadnia kibicom Lecha, że warto było wykupić jego kartę z Bazylei. Trzeba było na jego powrót do wielkiej formy trochę poczekać, ale było warto – Szwajcar, ochrzczony mianem „synka trenera”, stał się pupilkiem całej ligi, graczem wyjątkowym, dla którego warto chodzić na stadiony.

I wreszcie Milos Krasić, Serb po wielu przejściach. Nie tak młody, jak belgijski lider Legii, nie tak konkretny jak estoński wódz Jagiellonii, nie tak pewny jak Szwajcar z Lecha, ale jednak najbardziej z nich utytułowany i przestawiany przez trenera Lechii na trochę inną pozycję. Były mistrz Rosji i Włoch nie narzeka, ciągnie zespół do przodu, robi nam reklamę poza granicami nie tylko nazwiskiem, ale i podejściem do zawodu. Jest jedną z gwiazd, które trafiły do Ekstraklasy, by jeszcze się pokazać, a nie tylko po to, by pokazać żonom stan konta.

Ekstraklasa. Tu naprawdę dużo się dzieje. Dużo dobrego, a miniony rok był tylko tego potwierdzeniem. To przecież liga, w której nawet dwa hattricki w trzech kolejkach nie wystarczyły Rafałowi Boguskiemu, by zdobyć tytuł Piłkarza Miesiąca. Jest druga taka, absolutnie wyjątkowa?