Dokąd mamy Cię zabrać?

Królowa, dziadek i sprawa polska

Ze swoim zamiłowaniem do małych gierek na treningach oraz popularnego wśród piłkarzy pod każdą szerokością geograficzną „dziadka” Franciszek Smuda wzbudzał czasem w Polsce uśmiech politowania. Gdy Kevin de Bruyne wyznał w wywiadzie dla Timesa, że tę samą formę rozgrzewki wręcz uwielbia Pep Guardiola, wszyscy z uznaniem pokiwali głowami.

To nie będzie kolejny tekst o tym, na co regularnie zwraca uwagę Michał Probierz,a  oczym w Polsce zaczęło się mówić już w czasach Leo Beenhakkera: że to samo zdanie trenera spoza kraju, wypowiedziane po angielsku, nawet najbardziej oczywiste, ma zupełnie inny odbiór nad Wisłą to samo stwierdzenie polskiego szkoleniowca, traktowanego często z przymrużeniem oka. To wiemy doskonale, podobnie jak to, że o zmianę tej mentalności jest bardzo trudno. Ciekawsze jest co innego: jak prostymi metodami budowniczy z Katalonii wznosi swoich piłkarzy na poziom wyższy niż wieże Sagrada Familia, nadając ich grze szlif, znamionujący prawdziwych mistrzów. Albo inaczej: po jak proste metody Pep tak chętnie sięga, tworząc kolejnego potwora, pożerającego rywali na całym kontynencie.

O tym, jak skonstruowane jest brytyjskie laboratorium Guardioli mogliśmy przekonać się kilka miesięcy temu, czytając w Four Four Two reportaż z centrum treningowego Manchesteru City. Niechętni Pepowi wypominają mu wydane na wzmocnienia miliony i z uporem godnym lepszej sprawy przypominają, że na wzmocnienia samej tylko linii defensywnej wydał więcej, niż wiele państw na świecie wydaje na swoją obronność w skali roku. To wszystko prawda, ale na szczycie wydają wszyscy, ceny piłkarzy rosną. A Guardiola zachowuje w tym szaleństwie umiar, nie kupując w ciemno, a sprowadzając graczy o takiej charakterystyce, jaka jest mu potrzebna do stworzenie drużyny doskonałej, czego najlepszym przykład broniący bramki, ale jednocześnie świetnie rozgrywający piłkę Ederson. Daje też Katalończyk szansę młodym, więc przy linii bocznej regularnie pojawia się Ołeksandr Zinczenko, a swoje minuty otrzymuje 17-letni ledwie Phil Foden. To jasny sygnał dla młodzieży, że mocarstwowe plany nie zmienią filozofii wychowanka La Masii i że blask trofeów nie przysłoni mu zdolnej młodzieży, która może liczyć na swoją szansę. Bo zatrudniając Guardiolę kupujesz program rozwoju klubu na długie lata, a nie puchary od zaraz. W niebieskiej części Manchesteru rozumieją to doskonale, dlatego nikt nie myślał o rozwiązaniu umowy z trenerem, który skończył poprzedni sezon bez trofeum. I dlatego szefowie klubu mają dziś na Etihad prawdziwego potwora, z krwi i kości, a nie kolejnego konstruktora, próbującego złożyć robota doskonałego ze stosu nowych śrubek.

Któż jednak ma mieć więcej cierpliwości niż kibice Manchesteru City? Na swoje drugie (!) europejskie trofeum czekają tam od 1970 roku i pamiętnego finału Pucharu Zdobywców Pucharów przeciwko Górnikowi Zabrze w Wiedniu, a trener, który poprowadził ich wtedy do jedynego triumfu do dziś pozostaje najbardziej utytułowanym w historii. Także dlatego fani cierpliwie czekają na nowego Joe Mercera i liczą, że Guardiola będzie tym, który skuteczniej zapełni klubową gablotę.

Na nowe trofea liczą w tym roku także w innych częściach Anglii, pięć drużyn w najlepszej szesnastce Ligi Mistrzów dobrze ku temu rokuje. Fani na Starym Kontynencie uwielbiają się śmiać z Wyspiarzy, że jedynym naczyniem, jakie ostatnio znają jest filiżanka do herbaty, bo puchary zarezerwowane są dla innych, ale w tym roku Królowa ma powody do dumy. Rzut oka na to, jak pracują zagraniczni artyści w brytyjskich klubach, pozwala Anglikom mieć nadzieję, że to nie przypadek a początek długoletniego trendu, który zresztą ma w bliskiej przyszłości wspomóc także federacja, dając piłkarzom czas na krótki zimowy oddech. A trenerom choćby jeden styczniowy weekend bez meczu.

Nawet podczas przerwy rywalizacji jednak nie zabraknie. Michał Probierz, by zmobilizować swoich piłkarzy zakłada się z nimi często na treningach o książki, inni trenerzy uwielbiają ustalać symboliczne stawki i patrzeć, jak goście z tygodniówkami liczonymi w setkach tysięcy funtów gryzą trawę na treningowym boisku, by być w zespole, który wygra starcie o funtów dziesięć czy dwadzieścia. Dodatkową stawką, poza satysfakcją, bywa często noszenie piłek lub czyszczenie butów rywali, więc coś na żadne pieniądze nie do przeliczenia.

Największe emocje wyzwala jednak gra, o której wspomniał w wywiadzie de Bruyne, używając brytyjskiej nazwy „boxes” (przetłumaczmy to bardziej jako „kwadraty” niż „pudełka”). Inna angielska nazwa, od dziecięcej gry, w której wszyscy podają do siebie piłkę w kółku, by nie dać przechwycić jej temu w środku to „pig in the middle”, czyli „świnka w środku”, ale my pozostańmy przy swojskim „dziadku”. I przy nie mniej swojskim Franciszku Smudzie.

Wiele zajęć byłego selekcjonera to gierka i dziadek. On sam mówi, że w dziadku nic nie ukryjesz, widać, kto się do gry nadaje, a kto nie, kto szybko podejmuje decyzję, umie grać na jeden kontakt, widzi, co się dzieje, a kto tych podstawowych umiejętności nie ma. Bo resztę da się wytrenować…

Guardiola przywiązuje wielką wagę do gry w dziadka, zna dziesiątki jego wersji. Podstawowa to sześciu lub ośmiu na dwóch, na jeden kontakt. Potem nawet w Polsce gra się różnie: jedni pozwalają na faule, uznając, że tu można „podostrzyć”, zahartować zespół, inni nie. Jednym wystarcza dotknięcie piłki, inni zaliczają dopiero przechwyt. Jedni pozwalają zagrać do tego, od którego piłkę się dostało, inni zabraniają. Część trenerów dzieli zespoły na znacznie silniejszy i słabszy (lub młodszy), by dublerzy oswajali się z walkę, inni chcą zobaczyć juniora po stronie rutyniarzy i zobaczyć nie tylko, co potrafi piłkarsko, ale jaki ma charakter. O tym, że można grać nawet w ciasnym kole z 20 piłkarzy, przeciwko dwójce nie ma co wspominać – wariacji jest dużo. Nie zmienia się tylko to, że posłanie piłki między nogami rywala w kółku, wzbudza gigantyczną wesołość.

Rio Ferdinand, byśmy nie ograniczyli się tylko do błękitnej części Manchesteru na tej stronie, wspominał, że piłkarze zbuntowaliby się, gdyby sir Alex nie pozwolił wejść w treningowy nastrój dziadkiem. „Łapaliśmy wszyscy właściwe fale i koncentrację, wskakiwaliśmy na wysoką falę”, opisywał gracz United, podkreślając, że najlepsi byli zawsze Scholes i Giggs. Dziadek był i jest wycinkiem meczu, gra na małej przestrzeni to podstawa w futbolu, skupienie na każdym podaniu także. Dlatego, kto mentalnie, fizycznie i piłkarsko radzi sobie w grze w „boxes”, poradzi sobie na boisku i w drużynie. Guardiola, Ferguson i Smuda na pewno zgodnie się pod tym podpiszą. A polscy kibice zaczną może patrzeć  z mniejszym zdumieniem na Michała Probierza, mówiącego, że nasi szkoleniowcy wcale nie są tak daleko za tymi najlepszymi.