Dokąd mamy Cię zabrać?

Zostawcie dzieci w domu, o ekscesach w podróży nie mówcie nikomu

Pierwszy szok przeżyliśmy pakując się na wyjazd: dzień powszedni, my oboje w domu, dwoje dzieci w przedszkolu. Łapaliśmy się na rozmowach szeptem, jakbyśmy mieli zakodowane, że skoro jest cisza, to dzieci na pewno śpią… Potem wyjazd i ściskanie w dołku – co będzie, jak wrócą, a w domu zastaną tylko dziadków? W drodze na lotnisko dziesiątki myśli – jak zasną bez choćby jednego rodzica, skoro wcześniej się to nie zdarzało? Czy rano nie będą w szoku, że budzi je babcia a nie tata z mamą? A jeśli zaczną płakać, a my nie damy rady wrócić, będąc kilka tysięcy kilometrów dalej?

Podróże z dziećmi są fantastyczną przygoda i nie zamienilibyście jej na nic innego? W sumie my też byśmy nie zamienili, ale przecież wcale nie trzeba wybierać. Po prostu warto czasem pojechać gdzieś w podróż bez dziecka i zobaczyć, jak takie kilka dni podziała ożywczo na całą rodzinę – tym starszym, którzy dostaną czas dla siebie i tym młodszym, by… mieli wypoczętych, zadowolonych i pełnych chęci do nowych zabaw rodziców.

Tekst ten piszemy z pewnymi obawami, wszak nikt nie lubi być nazywany „wyrodnym rodzicem”, a w najlepszym razie po prostu „egoistą”. Powiemy więcej: sami kilka tygodni temu zastanawialiśmy się, jadąc w pierwszą od ponad czterech lat podróż bez dzieci, czy dobrze robimy. Jak zniosą to dzieci? Jak my to zniesiemy? Czy tęsknota pozwoli nam spokojnie wypocząć? Czy to w ogóle ma sens?

Odpowiedzi na dwa początkowe pytania brzmią: świetnie.

Odpowiedzi na dwa końcowe: tak.

Choć znalezienie tych odpowiedzi nie było wcale takie proste…

Kilka dni po czwartych urodzinach Żywka i po przedszkolnym debiucie Neli nadarzyła się okazja, by wyjechać na cztery dni tylko we dwoje. Przyznamy jednak szczerze: wcześniej przez jakieś cztery tygodnie stawaliśmy na głowie, by pojechać z dziećmi (oj, głupi my, głupi my…). Na szczęście się nie udało i mogliśmy we dwoje przeżyć coś ostatnio nieznanego, a wręcz zapomnianego przez ponad cztery lata. Znów byliśmy parą, zależną tylko i wyłącznie od siebie, mającą czas tylko dla siebie. Parą, która nie musiała wracać o konkretnej godzinie, dbać o regularne czasy posiłków, wstawać na sygnał i zasypiać dopiero, gdy zasnęli mali towarzysze wyprawy.

Oczywiście przyznajemy, że wyjazd bez dzieci był trudny. Ela jednej nocy obudziła się kilka razy i szukała wokół dzieci, mając jakieś dziwne poczucie niepokoju, czy z nimi wszystko w porządku – oczywiście poczucie nieuzasadnione. Ale atutów jest więcej niż wad: zamiast rozglądać się w basenie za kelnerem, który przyniesie ożywczy koktajl lub kieliszek wina, zerkalibyśmy, czy Żywkowi lub Neli nie zsunęły się motylki do pływania lub czapka chroniąca przed słońcem. Zamiast zdrzemnąć pod parasolem na plaży, patrzylibyśmy z niepokojem, czy dzieci spod parasola nie uciekły, albo nie wbiegły do morza. Zamiast iść do teatru, poszlibyśmy pewnie do wesołego miasteczka albo na oryginalny plac zabaw, a zamiast trzech godzin relaksu w idealnie usytuowanej knajpce w sercu starego miasta i leniwego spoglądania na otaczający nas świat i ludzi, nerwowo byśmy patrzyli, czy dzieci nie zrzucą czegoś ze stołu lub nie pobiegną za daleko za gołębiami. Inny świat.

Kwestia tęsknoty? Oj, była i to jak się okazało znacznie większa po naszej stronie niż dzieci. One zostały z dziadkami, do których są bardzo przywiązane, a perspektywa noclegu z babcią okazała się fantastyczną niespodzianką. Babci też ciężko nie było, bo oboje chodzą już do przedszkola, a sąsiadów mamy wspaniałych – wymiana rodziców odbierających i zawożących pociechy na zajęcia to idealna sprawa. Pozostawała więc opieka i zabawy od godz. 16 do wieczora, co podobało się wszystkim. Zapytany drugiego dnia o tęsknotę za rodzicami Żywek pokazał dziadkom cztery palce, jednego schował i powiedział, że „tata obiecał, że wróci z cztery dni, a zostały tylko trzy, więc nie masz się babciu co denerwować”. Te cztery lub trzy dni to chyba optymalna długość takiego wyjazdu. Coś jak „city break”, ale w tym przypadku „kids break”.

Uprzedzając – nie powiedzieliśmy, że jedziemy odpocząć, bo dzieci nie zrozumiałyby, dlaczego tym razem jedziemy sami. A sam wyjazd – zrozumiały i zaakceptowały, nie pojawił się nawet smutek.

Wszędzie zabieramy ze sobą dzieci, w domu też wszystko kręci się wokół nich, łącznie z poszukiwaniami przez pół dnia ulubionej łyżeczki - bo bez niej Nela jest smutna. W podróże również je bierzemy i choć większość wspólnego czasu jest dla całej naszej czwórki wyjątkowa, to czasem można szału dostać – też to znacie, prawda? To trudne, ale trzeba uświadomić sobie, że my też zasługujemy od siebie i dla siebie na wszystko, co najlepsze – nie tylko nasze dzieci.

Przez cztery dni pobytu poza domem myśli o dzieciach pojawiały się wiele razy: rano zdziwienie, że nikt nie przychodzi do łóżka, albo nie marudzi, że nie chce wstawać. Podczas posiłków komentarze, że to bardzo by smakowało Neli, a co innego Żywkowi. Na ulicy – że fajny dźwig i dzieciaki chciałyby popatrzeć, jak pracuje… Łapiecie się na tym, że właściwie wszystko chcielibyście przeżywać z dziećmi, że kojarzy się z nimi każdy niemal element otaczającej was rzeczywistości. Ale to wszystko sprawia, że chęć powrotu z urlopu jest podobna do radości z wyjazdu – bo pojawia się świadomość, że zaraz zobaczy się dwa słodkie pyszczki, od których widoku od paru lat zaczyna się i kończy każdy dzień. Przez następne tygodnie nie będziecie narzekać, że „znów pospać nie dają”, „nie chcą iść spać”, „ganiają się piaskiem i szaleją jak dzicy”. Wszystko was cieszy. Taki oddech naprawdę jest potrzebny.

Wypoczywając ładujecie akumulatory. Wreszcie macie czas dla siebie. Tylko dla siebie. Na dwugodzinnej kolacji, na której nikt się niczym nie poleje i nikt nie zacznie marudzić, że trwa za długo. Nad basenem, by sącząc drinka zamknąć na chwilę oczy. I w sypialni – nie tylko nad ranem i wieczorem, ale o każdej porze dnia. Wystarczy tylko wywiesić na drzwiach kartkę „Nie przeszkadzać”.

Nie jest łatwo po kilku latach spędzonych praktycznie tylko w towarzystwie coraz szybciej rosnących i wymagających mniejszej lub większej uwagi dzieci, znów znaleźć przyjemność z czasu tylko i wyłącznie dla siebie. Ale warto, także dla małżeństwa, by znów odnaleźć siebie. A jeśli tęsknota za dziećmi czasami przeszkadza, by czerpać z życia pełnymi garściami, powrót do domu zrekompensuje wszystko. Radość obu stron – bezcenna.

MoŻŻe być waŻŻne:

  • potraktujcie wyjazd bez dzieci jako prezent dla siebie i jakże potrzebny oddech od kieratu codzienności, ale też jako upominek dla dzieciaków – uśmiechnięci i zadowoleni z życia rodzice to prawdziwy skarb;

  • powstrzymajcie się od telefonów do dzieci i rozmów z nimi. To tylko przypomina, że was nie ma. Dzwońcie do babci, dziadka i opiekuna, ale umówcie się z tą osobą, że ta nie krzyknie na cały głos: „Dzieci, mamusia dzwoni!”. Tak jest lepiej, naprawdę;

  • pogódźcie się z tym, że tęsknota się pojawi, rodzaj niepokoju również. Rodzicom strach o dzieci towarzyszy całe życie, nawet gdy idzie tylko do znajomych, nic więc dziwnego, że pojawi się, gdy będzie was dzieliło kilka tysięcy kilometrów;

  • zostawcie dla siebie, że podróż nie ma charakteru obowiązkowego i służbowego. Ale o reszcie rozmawiajcie szczerze: na ile jedziecie dni (metoda z liczeniem palców u nas się sprawdza), kto z nimi będzie, jak będzie wyglądał ich plan dnia;

  • spytajcie, co przywieźć w prezencie z wyjazdu i przywieźcie – koniecznie! – wymarzony prezent. To często drobiazg. I nie przejmujcie się, że macie przez moment wrażenie, że po krótkiej radości z tego, że dziecko zobaczyło was, chce zobaczyć wyczekiwany upominek;

  • sobie też nie żałujcie na wyjeździe niczego, potraktujcie taki wyjazd (najlepiej cyklicznie powtarzany, na przykład raz do roku) niczym pierwszą randkę albo podróż poślubną. Bawcie się sobą i otaczającym was światem.

Udanej podróży!