Dokąd mamy Cię zabrać?

Wenecja z dziećmi, czyli tramwaj na wodzie, gondole i inne łodzie.

Do Wenecji bardzo chciałem pojechać już w chwili, gdy tata pokazał mi na komputerze krótki film o tym miejscu i był tam taki duży żółty statek. Od razu z Nelą ustaliliśmy, że będziemy nim płynąć i potem prosiliśmy rodziców jeszcze kilka razy przed wyjazdem, żeby puszczali nam te same obrazki. Inne łódeczki tak dobre nam się nie wydawały, szczególnie te najczęściej pokazywane, gdzie ludzie pływali po dwie osoby, a za nimi stał śmiesznie ubrany pan z wiosłem. Kto to słyszał wiosłować na stojąco? I to w jakiejś gondoli, jak wokół tyle fajnych szybkich statków i łodzi?

Nasze marzenia spełniły się już kilkanaście minut po przyjeździe do Wenecji. Dotarliśmy wprawdzie wieczorem, ale zmęczeni nie byliśmy, bo w naszych samochodowych fotelikach, które bardzo lubimy, śpi się dobrze, a nawet jak wstajemy, za oknem zawsze dzieje się coś ciekawego. Już wjazd do tego dziwnego miasta był zupełnie inny niż do Warszawy, albo Łodzi. Najpierw jechaliśmy wzdłuż ogromnej liczby torów kolejowych, a my z Nelą bardzo lubimy patrzeć na tory i pociągi (potrafimy nawet rozróżnić te podmiejskie i te pospieszne). Potem jechaliśmy długim mostem, a wokół nas było bardzo dużo statków, większych nawet niż nasz żółty, ale takich, na których nie było widać zbyt wielu ludzi. Potem dojechaliśmy i poszliśmy do hotelu, a tata zaparkować samochód – wrócił bardzo dumny z informacją, że zostawił samochód na siódmym piętrze jakiegoś parkingu i powiedział, że nie było tam windy dla samochodów. Trochę szkoda, że nas nie zabrał, ale podobno bardzo tam duszno.

Było bardzo przyjemnie na naszym stateczku, zwanym tutaj vaporeto, czyli tramwaj wodny. Ludzie naprawdę jeżdżą nim, jak tramwajem w polskich miastach, a nawet jeżdżą bardziej, bo u nas rzadko zdarza się podobno, by spotkać tyle pięknie ubranych par. A tu kilka wsiadło w pobliżu teatru, kilka na przystanku Casino i naprawdę czuliśmy się jak na balu, który ostatnio odbywał się w moim przedszkolu (moim, bo Nela na razie tylko mnie odprowadza, a zacznie chodzić tam dopiero od nowego roku szkolnego. Jeśli wreszcie przestanie sikać w pieluchy oczywiście, bo inaczej jej nie przyjmą i będzie mi smutno, a ona będzie musiała zostać w domu).

Ten nasz vaporeto był w niektórych miejscach pomalowany na żółto i fajnie turkotał. A my patrzyliśmy przez barierkę na te wszystkie mijane budynki i zastanawialiśmy się, jak on zostały zbudowane na wodzie? Samochodów żadnych tam nie ma, zamiast ulic są kanały z wodą, a po nich pływają łódki – i ja to rozumiem. Policja i straż pożarna też pływa a nie jeździ i dlatego jest wodną policją i strażą pożarną, co szybko wytłumaczyłem Neli. Zrozumiała i też wypatrywała takich łódek. Ale nie rozumiemy, jak zbudowano to wszystko na wodzie? I jak to nie tonie, skoro tonie nawet piłeczka, którą się często bawimy w wannie i inne nasze zabawki? Tata jakoś nam to wyjaśniał, ale było zbyt trudne. Poza tym tyle działo się wokół nas, że kto by tam uważnie słuchał...

Tego pierwszego wieczora wysiedliśmy z tramwaju wodnego przy pięknym wielkim moście Rialto, największym jaki tu spotkaliśmy. Lody też dawali tu najlepsze i największe, były pyszne. Pan z knajpki pozwolił też mi wejść zrobić siusiu, zanim jeszcze coś zamówiliśmy, a potem nie zawsze każdy kelner się zgadzał. Dziwne, bo gdzie miałem siusiać, skoro już dawno nie noszę pieluch? Nawet drzewek żadnych tu nie ma...

Rodzice byli Wenecją zachwyceni tak samo jak my, mostami też, ale tymi ostatnimi jakby coraz mniej. Gdy drugiego dnia szliśmy przez miasto z wózkiem - bo byliśmy już z Nelą zmęczeni i woleliśmy podziwiać wszystko właśnie z wózeczka, żeby nóżki nie bolały – trochę ich te mosty zmęczyły. Tata śmiał się, że te ponad 300 przejść nad kanałami (chyba o tylu mówił, ale ja liczę tylko do pięciu, więc nie wiem dokładnie. Ale była to duża liczba, większa niż pięć) zbudowano wbrew ludziom z dziećmi: bo na każdą kładkę trzeba było wejść po schodkach i zejść z drugiej strony, a z wózkiem nie jest to takie proste, nawet gdy ja w tym czasie wysiadam. Dziwię się trochę rodzicom – mogli wziąć plecaki, w których czasem nas noszą, byłoby łatwiej. Nie wiedzieli o tych mostach, czy co?

Niektórzy ostrzegali też rodziców przed tym, że ciężko im będzie z nami w zatłoczonych uliczkach Wenecji, ale nic takiego się nie stało. Czasem było ciasno, ale im dalej od centrum, tym lepiej, a po tym wielkim placu, na który każdy idzie, ganialiśmy się z Nelą nie uderzając w ludzi. To zresztą były super gonitwy, bo wokół nas było wiele pięknych budynków, a w restauracjach grały orkiestry na żywo. Powiedziałem nawet, że bardzo poważna ta muzyka i mama stwierdziła, że tak się nawet nazywa. Mogłaby się nazywać więc także „ładna”, bo przecież była bardzo ładna.

My jedliśmy pizzę i spaghetti w mniejszej knajpce z pięknym ogrodem. Mama powiedziała, że na nią to miejsce spojrzało, a potem okazało się, że z wąskiej uliczki i wąskiej sali wchodzi się do bardzo przytulnego ogródka. Kelnerzy byli tacy, jak zawsze tutaj – często podchodzili, śmiali się, gładzili po głowach. Ci Włosi, bo tacy mieszkają w Wenecji, naprawdę bardzo lubią dzieci. Rodzice mówią, że dzięki temu dużo sympatyczniej spędza się czas w restauracjach, bo łatwiej się za nas tłumaczyć. Uwielbiamy ganiać się po restauracji.

Wenecję zapamiętamy na długo również dlatego, że pływaliśmy wiele razy tramwajem wodnym (co jest bardzo łatwe, jak mówi tata, choć raz przegapił nasz przystanek i o mało pomylił linie), ale także motorówką po morzu. Blisko brzegu, bo to była taka wodna taksówka, ale i tak czuliśmy się na pokładzie, jak na normalnym statku i czuliśmy jak podbijają nas fale oraz wieje wiatr. To było naprawdę super, a mama była wręcz zachwycona siedząc sobie na deskach tuż przy burcie i wystawiając buzię na słońce. Nam też się podobało, bo pan kapitan pozwalał się ganiać i tylko się do nas uśmiechał.

Długo możemy jeszcze opowiadać, co najbardziej nam się podobało w Wenecji, bo to były świetne trzy dni. Widzieliśmy też taki sam most z kłódkami, jak wcześniej w Salzburgu (żeby się się ze sobą zamknęli na zawsze, jak te kłódki) i lody, jakich wcześniej nie próbowaliśmy – pychotka. No i byliśmy w mieście na wodzie, podobno innego takiego nie ma. Zobaczymy, wszystko co najlepsze przecież nadal przed nami. Tak przynajmniej często powtarza nam mama.

Choć ona akurat Wenecję wspominała jeszcze wiele razy w naszej podróży, mówiąc że czegoś tak cudownego wcześniej nie widziała. My w sumie też.