Dokąd mamy Cię zabrać?

W światowy dzień gór, przeczytajcie jak z Kilimandżaro dotknęliśmy chmur

Zamiast na przepiękną, wyraźnie zarysowaną na niebie Drogę Mleczną nad naszymi głowami i na fantastycznie widoczny Krzyż Południa, bezmyślnie gapię się w piarg, po którym idziemy już od kilku godzin. Dzisiaj już wiem. Nie tylko zdobyłam Uhuru, najwyższy z trzech szczytów najwyższej góry Afryki i weszłam na wysokość 5895 metrów, ale też doszłam do granicy swoich możliwości. Pokonałam Kilimandżaro, ale także własne słabości.

Widoczność ze szczytu była fenomenalna, ale najpiękniejszy wschód słońca w życiu pamiętam, jak przez mgłę. Dopiero idąc szczytem po afrykańskim śniegu, gdy słońce dawało przyjemne ciepło, zaczęłam rozumieć, czego dokonałam. Ludzie, którzy wspinali się szybciej i już schodzili z Uhuru w stronę niższego Stella Point uśmiechali się i chętnie wymieniali gratulacjami – wiedzieli, że to ostatnie pół godziny to tak naprawdę spacerek, że tu już nikt nie odpuszcza. Ci, którzy przegrywają, zawracają wcześniej, jeszcze w ciemnościach.

Kilimandżaro to wielkie wyzwanie, przygoda życia – to przyzna każdy. Nieprawdopodobny wysiłek – powie wielu. Znajdą się też tacy, którzy stwierdzą, że wejście na Kili jest jak ta wędrówka po szczycie, jak spacer w parku. Byliśmy na górze, zgadzamy się ze wszystkimi. Bo mój mąż wszedł swobodnie.

Zacznijmy od najważniejszego – jeśli chcecie wejść na Kili, nie wahajcie się ani chwili. To marzenie należy zrealizować. To coś, spoza zwykłej książki Wielkich Życiowych Planów, o której wiemy, że i tak wielu rozdziałów nigdy nie przeczytamy. Kilimandżaro to coś absolutnie w zasiegu, zrąbek Korony Ziemi, który każdy może wyrwać i zabrać do domu. Nie wierzcie tym, którzy mówią, że Kili jest tylko dla wybranych, superwyszkolonych, albo bardzo bogatych. Ta góra jest naprawdę dostępna dla każdego. Trzeba tylko marzyć i bardzo, ale to bardzo chcieć znaleźć się na szczycie Afryki.

Ja tak naprawdę o tym nie marzyłam. Moją pasją były podróże, ale pozycja Kilimandżaro nie zagościłaby w pierwszej pięćdziesiątce planów do zrealizowania. A prawdopodobnie nawet w pierwszej setce.

O Kilimandżaro marzył od dziecka mój mąż, odkąd przeczytał pierwsze opowiadania swojego ukochanego Ernesta Hemingwaya. Znalazł tam historię, w której umierający podróżnik marzy o bliskich a jednocześnie o bardzo odległych śniegach Kilimandżaro. Mój chłopak chciał dotknąć tych śniegów. A każde agencyjne doniesienie, że na najwyższym szczycie Afryki zminiejsza się ilość białego puchu traktował jak cios w samo serce. Marzył o tych śniegach, ale bez mojej inspiracji pewnie by ich nigdy w życiu nie poczuł.

Śniegów dotknęliśmy ostatniego z czterech dni wędrówki, choć ciężko mówić tutaj o dniach, jeśli ostatnie podejście rozpoczyna się o 23 a kończy o świcie. I ten świt na Kilimandżaro jest najwspanialszą nagrodą, która sprawia, że mało ludzi pamięta o tym, co jest równie piękne, czyli widok Drogi Mlecznej, jakiego nigdy w życiu nie zobaczycie. Droga od Baranco Camp, ostatniego obozu przed wejściem na Kili wiedzie poprzez piarg. Idziesz zygzakiem, po kostki w głębszym lub mniej gęstym piasku i kamieniach, i modlisz się o szczyt. Drogę uprzyjemnić może tylko rzut oka w niebo i perspektywa nagrody na szczycie. Oraz czekoladowy batonik i łyk wody, które na tej wysokości sprawiają, że nie mdlejesz, a maszerujesz dalej.

Nasz przewodnik Mathayo – sympatyczny chłopak z biednej rodziny, chętnie opowiadający, jak własną ciężką pracą zdobył swój szczyt, czyli wymarzoną robotę – ciągle powtarza: „Pole, pole”. W suahili oznacza to: „Powoli”. Najważniejsze to iść swoim tempem, bez pośpiechu, a przed wejściem na noc do namiotu podejść jeszcze kilkadziesiąt metrów, by organizm lepiej się aklimatyzował, „zapamiętał” maksymalną wysokość na następny dzień. Szliśmy trasą Machame, zwaną „whisky” – dłuższą o dzień, bardziej malowniczą i stromszą niż „cola”, czyli Marangu. To jednak z łatwiejszej Marangu, gdzie nie śpi się w namiotach, a specjalnych chatach, więcej osób zawraca, bo za szybko pokonują wysokość. A ta była dla nas kłopotem nawet na Machame.

Aklimatyzacja jest ważna, dlatego zaczęliśmy od safari i fantastycznego polowania na dzikie zwierzęta w ich naturalnym środowisku. Z aparatem fotograficznym upolowaliśmy ich setki przez trzy dni przemierzania jeepem Serengeti, Lake Manyara i wyjątkowego krateru Ngoro-Ngoro, przypominającego współczesną arkę Noego. Własne zdjęcia afrykańskiej wielkiej piątki są na ścianach naszego domu, podobnie jak te z wypoczynku na Zanzibarze, gdzie polecieliśmy zaraz po zejściu z Kilimandżaro do Arushy. Ale nad naszym łóżkiem wisi i budzi nas każdego dnia świt na dachu Afryki i nasze uśmiechy na tle afrykańskiego śniegu i słońca nad chmurami.