Dokąd mamy Cię zabrać?

Uwaga, uwaga, dobre dla dzieci Kraków i Praga

Rodzice zastanawiali się, czy Kraków to dobre miejsce na wyprawę z dziećmi i czy Praga z dzieckiem to dobry pomysł. My ich czasem nie rozumiemy – przecież było wiadomo od początku, że tak lubimy rodzinne podróże, że wszystkie nam się spodobają. A rodzinne zwiedzanie jest najfajniejsze.

Kochamy góry, morza i jeziora, ale lubimy też duże miasta, bo w dużych miastach dużo się dzieje. I są lody. Dużo lodów, gdzie tylko się spojrzy. Jak jesteśmy grzeczni, to rodzice chętnie kupują nam moje ulubione truskawkowe i te różowe, które wybiera Nela, a wtedy możemy spokojnie szukać dalszych atrakcji. Ostatnio największymi były zamki, dlatego szukaliśmy smoków i ich śladów. Bo jak jest zamek, to musi gdzieś obok być jakiś smok, prawda?

W Pradze zanim znaleźliśmy smoka trafiliśmy na inne zwierzęta. Już pierwszego wieczora spotkaliśmy na starym mieście dwa wielkie misie. Ooooogromne! Opiekował się nimi taki sympatyczny pan, który sam podchodził do każdego w tłumie i mówił we wszystkich możliwych językach, zapraszając do wspólnego zdjęcia. Zdjęcia z misiami, a nie z tym panem, oczywiście… Miał też czapeczkę, do której zbierał pieniążki, na pewno na jedzenie dla tych misiów, więc rodzice też coś wrzucili, a zadowolone misie chętnie się z nami fotografowały. Zmęczyły się dopiero wieczorem, bo widzieliśmy jak stały się malutkie, a trzej panowie mówiący po rosyjsku nieśli je na plecach. Ale przy nas były jeszcze bardzo wesolutkie!

My też się początowo zmęczyliśmy i to już na sam widok wspinaczki na wielki zamek na Hradczanach, ale na szczęście Tata odnalazł drogę, którą dało się wciągnąć wózek – tuż obok najpopularniejszych schodów, którymi idzie prawie każdy. Droga była stroma, ale z Nelą szliśmy na własnych nogach, bo szukaliśmy na bruku śladów smoka. Z wózka, którym tak lubimy jeździć (oboje jesteśmy trochę za duzi, ale mieścimy się, jak Nela podwinie nogi, a ja siadam na przedniej półeczce), mogliśmy jakieś przegapić i nie trafilibyśmy na przykład do pięknej Złotej Uliczki. Smoka tam wprawdzie nie było, ale te malutkie domki i całe otoczenie bardzo nam się podobało – a najbardziej stojące na górze armaty i możliwość wejścia do domków. Tata oglądał tam jakieś książki, Mama podziwiała z zewnątrz widoki, a ja patrzyłem na stare zbroje, łuki i miecze oraz dziwne urządzenia, o których Tata mówił, że kontakt z nimi zwyczajnie boli i to bardzo. Faktycznie, wyglądały na bardzo groźne zabawki.

Smoka znaleźliśmy na kilku obrazach w komnatach królewskich, na tronie (ale nie żywego, a tylko jego symbol) i na pięknym malunku na suficie w jednym z kościołów. Wymyśliłem, że ten prawdziwy smok musiał gdzieś polecieć, na przykład do Krakowa, bo bajki o tamtym smoku wawelskim znamy doskonale. A przecież smoki muszą się odwiedzać, prawda? Rodzice też przyznali mi rację i żebym nie był z Nelą rozczarowany obiecali, że do Krakowa też pojedziemy. Kupili też lody, potem bilety na wyprawę łódką po Wełtawie (Praga z wody wygląda przepięknie, nawet nie słuchałem co pan kapitan opowiadał o widzianych przez nas miejscach, tak mi się podobały) i już mi nie było smutno, że nie spotkałem smoka. Rodzice poszli z nami jeszcze na piękny zachód słońca przy moście, na którym mieliśmy spotkać mojego kolegę z przedszkola, ale Karola tam jednak nie było. Nie wiem, skąd rodzicom przyszło do głowy, że to jego most, skoro ja byłem na nim tyle razy i za każdym tak mi się podobało, że znajdowałem coś nowego – nowe rzeźby, widoki, nowych śmiesznych ludzi w tłumie turystów. Spod mostu Karola wypływaliśmy też w rejs po Wełtawie, fajne miejsce.

Smoka nie spotkaliśmy, ale inne zwierzęta były fantastyczne. W Zoo spędziliśmy prawie cały dzień. Tata trochę narzekał, że musiał ciągnąć nas w takim fajnym wózku, bo w zoo w Pradze dużo jest pagórków i nawet jeden wyciąg krzesełkowy (choć dla dzieci starszych od nas i dorosłych), ale nam się baaaaardzo podobało. Widzieliśmy słonie, żyrafy i kangury, misie koala i dużo małp. Żyrafy można było nawet karmić, ale tylko pod warunkiem, że zarezerwowało się dla siebie – a właściwie dla żyraf, bo to ich posiłki – konkretny czas karmienia. Warto o tym pamiętać.

Super bawiliśmy się przy terenach pingwinów i fok, zebry też były przyjazne, lwy czasem zaryczały. Zoo w Warszawie lubimy bardzo i chodzimy tam regularnie, ale to w Pradze stało się naszym ulubionym. Nie było takiego safari, jak w Dubaju, ale ogromne przestrzenie i cały dzień w zoo w Pradze bardzo nam się podobały. Chyba nawet bardziej niż zamek, choć te całe Hradczany też były bardzo ciekawe, a starówką można spacerować bez końca.

Do Krakowa rodzice też nas zabrali i tam wreszcie smoka znaleźliśmy. Taki sztuczny stał i zionął ogniem pod smoczą jamą nad Wisłą (to ta sama rzeka, która płynie przez Warszawę i którą widzieliśmy kiedyś w Ustroniu, dziwny ten świat), a prawdziwy miał właśnie swoją jamę pod zamkiem. Z bajek wiemy, że smok z Wawelu wypił za dużo wody i pękł, ale ten, co teraz mieszka w jamie jest chyba przyjacielski. Szkoda tylko, że tak wcześnie wstaje – jak przyszliśmy do niego krętymi schodami w dół z dziedzińca zamku, już go nie było. Obejrzeliśmy w wielkiej jaskini jego legowisko, patrzyliśmy, jak woda kapie ze skał, ale smoka już nie było. Ten akurat jest fajny (bo ten zły przecież pękł, prawda?), ale gdyby chciał zjeść jakąś owcę, niech uważa i wraca, bo fajną ma tę jamę.

W Krakowie też były pyszne lody, zamek i kościół, z którego dodatkowo strażak (ale nie Sam, bo Sam trąbki nie ma) grał często hejnał a my ciągle chcieliśmy oglądać, jak wystawiał trąbkę przez okienko na wieży, a potem machał wszystkim, którzy stali na rynku. Tam pojechaliśmy też konikami na krótką wycieczkę karocą i zeszliśmy w podziemia, żeby zobaczyć, jak ten caly Kraków zbudowano. Tata był bardzo z siebie dumny, że bilety do muzeum pod Rynkiem kupił wcześniej, bo inaczej mogłoby się nie udać, ale nie musiał cały czas tego powtarzać, bo my i tak wiemy, że jest najlepszym Tatą pod słońcem.

W Krakowie podobało nam się też, że podobnie jak w Pradze mieszkaliśmy bardzo blisko zamku i miejsc spacerowych – tramwajem albo taksówką fajnie czasem się przejechać, ale najlepiej wyjść z hotelu i do razu być tam, gdzie jest najfajniej. Bardzo nam się też z Nelą spodobały smoki, które czekały na nas w łóżeczkach, gdy dotarliśmy do hotelu Sheraton – były jeszcze fajniejsze niż widok na zamek i Wisłę, choć od okna i tak ciężko było nas odciągnąć. Bo przecież Kraków bez smoka nie miałby sensu, a zarówno w Krakowie, jak i w Pradze bardzo nam się podobało. Każdemu dziecku by się spodobało. A dorosłym, jak stwierdził tata, jeszcze bardziej.

MoŻŻe być waŻŻne:

      KRAKÓW:

  • Absolutnym hitem są wciąż zbyt mało znane Podziemia Rynku w Krakowie. Cały Kraków sprzed setek lat w jednym miejscu, pod poziomem rynku, wśród oryginalnych fundamentów dawnych zabudowań, z całą multimedialną historią i specjalnym teatrzykiem dla dzieci, włączanym na życzenie. Smok i Krak wychodzą ze ścian, rycerze walczą, a obok można pobawić się w ubieranie postaci ze średniowiecza na dotykowych ekranach.

          UWAGA: bilety lepiej rezerwować wcześniej, bezpłatnie: http://www.podziemiarynku.com/

  • Wybierając restaurację wybierz tę na Rynku, z której widac wieżę Kościoła Mariackiego i z której najbliżej do gołębi. Do środka oczywiście należy z dziećmi wejść i podziwiać, ale dzieci biegające za gołębiami i czekające na strażaka, który zagra hejnał i pomach ręką dają rodzicom trochę czasu dla siebie.
  • Na przejażdżkę dorożką udaj się w dzień powszedni lub późniejszym wieczorem. Kraków po zmroku nadal jest piękny, a ceny spadają, zwłaszcza gdy podejdziesz do kogoś z końca kolejki. Dzieci zadowoli najkrótsza trasa, panie pozwalają się targować. Nawet jeśli wyjeżdżając z Rynku tłumaczą się potem woźnicom, którzy dosiadają się na czas trasy i tak naprawdę prowadzą konie i powóz.

  • Zamek to oczywisty punkt do zwiedzenia (w poniedziałki do południa wejście gratis, więc – co ważniejsze – bez kolejki), ale dzieciakom najbardziej spodoba się Smocza Jama. Wejście na szczycie murów nad smokiem, bilety po 3 złote do kupienia w automacie. Zejście stromymi krętymi schodami, ale jama warta wizyty, dośc przestronna, dla smoka idealna. Wyjście nad Wisłę, a potem oczekiwanie aż smok zionie ogniem. Chwilę przed słychać, jak gaz dochodzi do pyska, więc można uchwycić płomień na zdjęciu. Oczekiwanie na kolejny ogień też daje roidzicom czas na podziwianie zamku i Wisły.

  • Przejeżdżka po Wiśle to średnia przyjemność, do Pragi się nie umywa.Widoków brak, łódka płynie jakieś pół godziny. Ale z dziećmi warto, zwłaszcza, gdy poważnie starguje się cenę od sprzedawców, którzy podchodzą co chwila. Europa, proszę Państwa...

  • Hotel w Krakowie i Pradze wybierz blisko starówki, najlepiej z widokiem – każda chwila spaceru jest tu cenna, nie warto tracić czasu i sił dzieci na dojazd. A widok sprawia, że nie tracicie też wieczoru, gdy dzieci już śpią.

      PRAGA

          ZOO w Pradze szczyci się tym, że należy do ulubionych Angeliny Jolie.

  • Łódka. Czeska Wenecja daje radę, Kraków nie ma żadnego porównania. Bilety sprzedają Senegalczycy przebrani za marynarzy, stoją w wielu miejscach w okolicach Mostu Karola. Warto się targować. Nie warto za dużo oczekiwać po zapowiadanych lodach i piwie na pokładzie – wycieczka jest fajna, ale piwo malutkie a lody bez szału. Ale są.

  • Hradczany. Bilet na Zamek warto wykupić zw wszystkimi atrakcjami. Wszędzie tu patrzy na nas historia, choć nam najbardziej podobała się Złota Uliczka, urocze miejsce. Z wózkiem można spokojnie wyjść od strony wejścia, piesi wychodzą na końcu uliczki.

  • Most Karola jest piękny o każdej porze. Zachód słońca z niego wygląda fantastycznie.

  • Spróbujcie piwa z dopiskiem vareni, własnej produkcji. Miejsc z nim jest sporo, wystarczy zapytać na ulicy. Warto.