Dokąd mamy Cię zabrać?

Typowy Janusz nad polskim morzem – o mój Boże!

Łatwo wylegiwać się na prywatnej plaży ekskluzywnego hotelu w Sopocie, drinki lub piwo zamawiać u kelnera i cieszyć się leżakiem pod wielkim parasolem. Jeśli jednak szukasz mocnych wrażeń polecamy mniejsze miejscowości, w których i Ty możesz zostać Januszem. My spróbowaliśmy swoich sił.

Czego nie robi się dla Czytelników naszego bloga...Gdy okazało się, że w okresie wakacyjnym mała i niezbyt popularna miejscowość nad Bałtykiem wcale nie oznacza dzikiej plaży pośród fal, postanowiliśmy wcielić się w typowego polskiego turystę – w zamyśle mocno przejaskrawionego, a z każdym kwadransem naszej próby po prostu coraz bardziej realnego.

To oczywiste, że aby zostać Januszem nie musisz zakładać skarpetek do sandałów albo klapek. Idąc nad morze mieliśmy jednak wrażenie, że ludzie wokół nas albo nie odpalają internetu, albo robią wszystko, by pokazać, że stereotypy to po prostu prawda. Błyskawicznie okazało się, że skarpetki można założyć nawet do japonek i z napompowanym wielkim kołem pod pachą poczuć się na deptaku jak król życia. Kolejny piękny moment następuje po wejściu na plażę, która poza sezonem turystycznym jest piękna i szeroka, ale w wakacje wygląda tak tylko na zdjęciach i to tych zrobionych przed wschodem słońca. Nasz turysta euforię przeżywa po około 6-7 minutach poszukiwań, gdy okazuje się, że zaledwie 8 metrów od morza są 4 metry kwadratowe powierzchni piaszczystej, przez nikogo nie zajętej. Tam można rozstawić swój parawan (parawan to atrybut konieczny, bez niego czujesz się jak amator drugiej klasy), rozłożyć ręcznik i z poczuciem dobrze wypełnionej misji (wędrówki na plażę oraz walki o miejsce) otworzyć przyniesioną w plecaku Warkę. Piwo chłodne wprawdzie nie jest, ale za to niedrogie i z poczuciem wyższości możesz patrzeć na tych, którzy idą 100 metrów do pobliskiej tawerny, by napić się piwa 4 razy droższego. Ty przecież doskonale wiesz, że jego niska temperatura i możliwość wypicia z kufla nie jest tego warta, a w ogóle całej tej knajpy nie lubisz, bo gdy wszedłeś bez koszulki barmanka poprosiła byś na przepocony brzuch coś jednak nałożył i wskazała kartkę z instrukcjami przy wejściu. Na tej samej kartce był też komunikat, że przyjemność wejścia do pobliskiego ToiToia kosztuje 2 zł (chyba że jesteś klientem tawerny), ale zanim zorientowałeś się, że frytki warto zamówić wcześniej, straciłeś równowartość jednego browara. Z tymi knajpami w małych miejscowościach to zresztą ciekawa historia – wiele z nich, przy samej linii brzegowej, działalność kończy przed godz. 20, a potem na rybkę lub kieliszek wina przy stoliku nie ma już żadnych szans. Usłyszeliśmy nawet uzasadnienie od jednej z właścicielek: przez cały dzień zarabia tyle, że po sezonie stać ją na to co chce. A wieczorami chce odpocząć po ciężkim dniu, turyści jak chcą dobrze zjeść właśnie u niej, niech przestają smażyć się na słońcu wcześniej. Proste?

Cała plaża zapchana jest ludźmi, idąc w stronę morza wręcz przeciskasz się między parawanami i przepraszasz mijanych ludzi, którzy upolowali miejsca bliżej wody (o której oni do cholery wstali, żeby sobie zająć taką miejscówkę?!). Przepraszasz, a i tak każdy zza parawanu patrzy na ciebie z takim wyrzutem, jakbyś właśnie zabrał mu łopatkę do budowania zamku z piasku. Te zamki to zresztą osobny temat, bo każdy, kto jest tak blisko morza, jest w stanie postawić swojemu dziecku zamek z fosą, do której będzie wpływała woda, jest z tego faktu tak dumny, że buduje fortecę nawet, gdy dziecku już dawno się to znudziło. Taki rodzic demonstruje zresztą głośno swoją satysfakcję, krzycząc w stronę dziecka, stojącego lub siedzącego półtora metra od niego: „Ale piękny zamek zbudowaliśmy! I mamy wodę w fosie!”. Niech każdy wokół widzi i słyszy, kto wywalczył dla rodziny nalepsze miejsce przy morzu i korzysta z nigo stawiając najlepszy zamek.

Prawdziwy Janusz, który ocenił już, że ToiToi jest za daleko i nieładnie pachnie, bez żadnego skrępowania mówi też do dziecka, by poszło wysikać się w wodzie, a gdy to jest zbyt młode, lub wrodzone poczucie estetyki mu na to nie pozwala, słyszy zachętę, by po cichutku wysikać się na piasek a potem ślady zasypać. Po takim wyczynie dziecko usłyszy jeszcze pochwałę, że super sobie radzi w trudnych warunkach. Serio, serio, widzieliśmy i słyszeliśmy. Naprawdę super.

Przejechaliśmy w życiu sporo świata, byliśmy na różnych plażach i w wielu dziwnych miejscach. Teraz podróżując z dziećmi wybieramy dobre hotele i komfort, ale wiele razy spaliśmy w tanich, choć czystych i klimatycznych hostelach. Ten sposób podróżowania jest dla nas jak najbardziej normalny, ale nadbałtycka rzeczywistość plażowa nadal budzi zdumienie. Na zatłoczonej plaży większość urlopowiczów nadal wygląda jakby była tam za karę, a radosne okrzyki klepiących się ze szczęścia po brzuchu grubasów, wyglądają raczej na demonstrację pod hasłem: „zobaczcie wszyscy jak zajebiście się bawię” niż na prawdziwą radochę. Przechodzący w Juventusie badania Cristiano Ronaldo dowiedział się, że ma 7% tkanki tłuszczowej i 50% mięśni, a Ty, jadąc nad Bałtyk możesz zobaczyć setki osób, u których liczby są te same, ale proporcje odwrotne. Po zejściu z plaży, biorą pod pachy parawany, dmuchane koła ratunkowe i pompowane żółwie i idą nawet kilkaset metrów do swoich prywatnych kwater lub stojących nie dalej niż 100 m od morza nagrzanych przyczep campingowych, często rodem z innej epoki. Między jedną a drugą koniecznie trzeba zawiesić sznurek do suszenia ręczników, a spodenki kąpielowe (koniecznie do kolan, bo tak modnie), powinny powiewać dumnie niczym bandera na maszcie flagowego okrętu.

Bo przecież plażowy Janusz to właśnie nasz polski produkt eksportowy. W Turcji i Egipcie obserwowany przy barach z opcją all inclusive, w Pucku i podobnych miejscowościach zagubiony w nadmorskich tłumach. I Ty możesz nim zostać. Ale po jednym dniu w takiej roli, zdecydowanie odradzamy.

Prawdziwi mieszkańcy takich małych miejscowości nad Bałtykiem są naprawdę fantastyczni. Tyle, że w sezonie miejscowych tu mało albo trudno ich spotkać. Zwłaszcza na ukochanych przez nich poza sezonem plażach, w okresie letnim okupowanych przez Januszy. I żeby była jasność – rozumiemy ludzi, którzy na urlop z dziećmi chcą przyjechać nad polskie morze i tu spędzić wakacje, choć znacznie taniej wypadłaby opcja all inclusiv w mniej popularnych ostatnio krajach. To nie o nich jest ten tekst. Łatwo ich zresztą wychwycicie w tłumie plażowych Januszów. I zobaczycie z jakim - uzasadnionym - zażenowaniem patrzą często wokół siebie. Oni też, jak my, kochają polskie morze i będą tu nadal wracać, choć januszowego stylu wypoczynku zwyczajnie nie znoszą.