Dokąd mamy Cię zabrać?

PERU cz. 2. Planowanie na kolanie? Nie, nie! Jedź do Peru w konkretnym celu!

Zazwyczaj planujemy nasze wyjazdy unikając klasyki, stawiając raczej na turystycznego rock-and-rolla lub muzykę alternatywną. Lubimy własne drogi, daleko od przetartych i zatłoczonych głównych szlaków. Tu zrobiliśmy wyjątek.

Lima – Paracas – Arequipa – Titicaca – Cusco – Machu Picchu, czyli klasyczny Gringo Trail. Przejechaliśmy cały, planując całą podróż na własną rękę, dorzucając jeszcze spontanicznie Isla del Sol w Boliwii, zahaczając także na dwa dni o Kanion Colca. Wybór okazał się doskonały, było cudownie. Mieliśmy też dużo szczęścia, bo bez dobrego planu wzrosłyby nie tylko koszty noclegów, ale nieosiągalna okazałoby się na przykład czterodniowa wędrówka szlakiem Inków ma Machu Picchu – rząd wpuszcza tam zaledwie 500 osób na dobę, wliczając w to tragarzy i przewodników, bez których wyprawa jest niemożliwa.

Uznaliśmy, że nie ma sensu wyważać otwartych drzwi i mając gotowy, najciekawszy plan, na siłę szukać innego tylko po to, by nie być… klasycznym gringo, czyli zagubionym Amerykaninem, mówiącym tylko po angielsku i sprawiającym wrażenie ekskluzywnego, ale dobrze działającego bankomatu dla miejscowych. Ruszyliśmy więc utartym szlakiem, kontakt z Peru rozpoczynając jednak… ponad pół roku wcześniej. Spontanicznie, jak to w naszym życiu często bywa. Pamiętam jak dziś lądowanie samolotu ze Stambułu, włączenie komórki i smsa od ówczesnej dziewczyny, a dziś żony, że pojawiła się absurdalna promocja w liniach Air Europa i w związku z tym trzeba było działać szybko – mamy więc bilety na trasie Barcelona – Lima – Paryż za ok 1200 złotych. Tak, złotych, nie euro. Wylot za 8 miesięcy, w czerwcu, a więc porze na ten region idealnej. Niesamowicie się cieszyliśmy. Jednak niepewność towarzyszyła nam jeszcze przez jakiś czas. Zastanawialiśmy się, czy gdy już stawimy się na lotnisku w Barcelonie to zakupione przez słowacką stronę pelikan.sk bilety okażą się prawdziwe (tylko tak promocja działała).

By uniknąć klasyfikacji do grona gringo zacząłem szybko uczyć się hiszpańskiego z płyt, jeżdżąc w ramach obowiązków służbowych od meczu do meczu po całej Polsce. Wystarczyło, by rozumieć, co tubylec chcieć do Polacco powiedzieć i coś tam wytłumaczyć. Żałuję, że z nauką nie poszedłem za ciosem po powrocie do kraju, bo już w drugim tygodniu spokojnie rozumiałem przewodnika, z którym spędziłem dwa dni na trekkingu po Kanionie Colca i zasłużyłem nawet na indywidualne zaproszenie na sok z żaby i kieliszek czegoś piekielnie mocnego na przydrożnym straganie, około drugiej w nocy (sic!) na wysokości ponad 4 tysięcy metrów (uwaga techniczna, na przyszłość – jadąc z Arequipy w stronę Kanionu Colka warto zabrać ze sobą śpiwory do środka busa. Wyjazdy są najczęściej w nocy, temperatura na wysokości nawet 4850 m n.p.m. bywa ujemna).

Miało być jednak o planowaniu: zacznijcie jak najwcześniej.

Wiadomo, nie mając biletów i czekając na jakąś lotniczą okazję last minute, nie będziecie mieli takiej szansy, ale wymarzoną trasę, miejsca noclegów i czas poświęcany na poszczególne atrakcje można sobie rozpisać. Zastanowić się, czego opuścić nie można (Machu Picchu to jednak konieczność, nawet jeśli tylko w opcji pociąg – autokar. Nie wypada omijać cudu świata tylko dlatego, że jest mainstreamowy, a my wolimy mniejszy tłok. Żałowalibyście całe życie), co koniecznie chce się zobaczyć, a co może ewentualnie poczekać na inną okazję. My na przykład odpuściliśmy gigantyczne rysunki w Nazca, które zdaniem wielu są dowodem na pobyt na Ziemi kosmitów. Byliśmy blisko, ale aby coś zobaczyć, musielibyśmy poświęcić cały dzień i sporo pesos na przelot samolotem lub helikopterem, bo z ziemi widać ponoć niewiele. Cóż, życie to sztuka wyboru.

Pouczcie się hiszpańskiego. Na dworcach autobusowych – bywaliśmy tam często, bo autobusy to najlepszy środek transportu w Peru – jakoś się dogadacie po angielsku, ale już w niektórych agencjach turystycznych bywają problemy. Nie znaczy to wcale, że taki lokalny pośrednik jest gorszy – ba, często bywa lepszy i tańszy. Ale jakoś trzeba się dogadać… Wystarczą naprawdę podstawy, a chcąc i próbując rozmawiać z ludźmi na miejscu, jeszcze się rozwiniemy. Dowiemy więcej rzeczy, zdobędziemy więcej znajomych… Co tu zresztą dużo pisać, każdy chyba wie, jak ważny jest język w podróży. A w Peru jeszcze ważniejszy, bo z angielskim na szlakach różnie to bywa, o innych mowach nie wspominając.

Jeśli wybieracie „Gringo trail” poczytajcie o atrakcjach i pomyślcie, ile czasu chcielibyście spędzić w konkretnych miejscach. Niektórym na Arequipę wystarczą dwa dni i ścisłe centrum plus wielki klasztor św. Katarzyny, inni stamtąd ruszą do Kanionu Colca, gdzie na trekking potrzeba dwóch dni i dwóch nocy (bo wyjazd z miasta następuje krótko po północy). Ktoś tylko zahaczy o Paracas i zobaczy małe Galapagos podczas trzygodzinnej wycieczki łodzią lub motorowym pontonem, inny będzie chciał tam zostać i odpocząć. To samo ze stolicą – odhaczyć Plaza de Armas i okoliczne atrakcje, a potem uciekać w głąb kraju i mniej zaludnione tereny, czy spacerować śladami bohaterów Mario Vargasa Llosy po klifach Miraflores? Decyzje należą do Was.

Wybierzcie środki transportu, zwłaszcza na powrót z Cuzco do Limy. Autobus jest komfortowy, z wyżywieniem i bardzo wygodnymi fotelami lotniczymi, ale jedzie około 20 godzin, samolot jest drogi – dużo droższy niż dla Peruwiańczyków. My wybraliśmy autobus, mając dobre doświadczenia z całej podróży i chęć przeżycia przygody podczas jazdy przez strome góry i wąskie drogi nad przepaścią, ale kilka razy w drodze pojawiał się u nas strach. Najlepsze linie peruwiańskie mają mniej wypadków, ale te słabsze… Cóż autobusy dość regularnie spadają niestety w Peru w przepaść.

Autobus to najlepszy środek lokomocji, ich sieć jest doskonała a komfort przejazdu niczym w klasie biznes w samolocie. Bilety wystarczy kupić najczęściej dzień lub dwa wcześniej, można rezerwować przez internet. Ponieważ odległości są znaczne, my kilka nocy spędziliśmy w drodze, oszczędzając pieniądze, które wydalibyśmy na nocleg, ale przede wszystkim bardzo dużo czasu. Dlatego tak nie rozumiemy kupujących wycieczki zorganizowane, gdy śpi się tylko w hotelach, a w dzień częściej jeździ niż zwiedza, spędzając kilka godzin dziennie w autokarze. Męczące i mało zadowalające. Planując podróż w autokarze, dbaliśmy o to, by kolejne noce, lub przynajmniej jedną noc, spędzić już w hotelu. My korzystaliśmy z największej wówczas sieci Cruz del Sur, ale dziś wiemy, że świetne recenzje zbiera Peruhop. Warto w każdym razie poczytać, jak często jeżdżą autobusy i zorientować się, czy nie warto kupić na przykład miesięczny abonament, albo bilet na cały szlak z możliwością wielokrotnego wsiadania i wysiadania.

A propos transportu: uwaga na taksówki. Największe zagrożenie to właśnie taksówkarz z centrum lub spod dworca, który wywiezie Was pod miasto i okradnie. My nawet w środku dnia biorąc taksówkę prosiliśmy o jej wezwanie kelnera z pobliskiej restauracji lub szukaliśmy w okolicy hotelu, który auto dla nas zamówi.

Hotele – zarezerwujcie najwcześniej jak się da. Koniecznie z możliwością odwołania. Warto wcześniej zerknąć, gdzie podróż może się wydłużyć, a gdzie skrócić i rezerwować pokój na kolejne dni w różnych rezerwacjach, by konieczność odwołania jednego noclegu tydzień przed przyjazdem nie sprawiła, że za pozostałe – rezerwując od nowa – zapłacimy majątek. Taki system pozwala bardzo dużo zaoszczędzić a jednocześnie mieć czas i miejsca na takie szaleństwa, jak nasza wyprawa do Boliwii, gdy zerknęliśmy, że granica jest w sumie tak blisko, a Isla del Sol wygląda uroczo.

Jedną wycieczkę MUSICIE zarezerwować z Polski, a proces targowania (trudny, bo towar jest deficytowy) najlepiej zacząć pod koniec roku kalendarzowego, gdy wiadomo już, które biura mają licencję na organizowanie trekkingu Szlakiem Inków. Wiarygodność najlepiej sprawdzić w internecie, a potem mailowo się dogadać i potwierdzić termin, wpłacając zaliczkę. W lutym najczęściej brak już miejsc na większość terminów.

Resztę wycieczek kupujcie na szlaku, najlepiej przy samym punkcie startu. Wycieczkę do Paracas chciano nam sprzedać w Limie („best offer, my friend, very best price”) ponad trzy razy drożej niż zapłaciliśmy za autobus w to miejsce a potem długą wycieczkę pontonem. Kupując w biurze w Arequipie trekking w Colce, nie dość, że dużo wytargowaliśmy (mieliśmy sporo czasu na to, by czasem wejść to do jednego, to do drugiego, czwartego i szóstego biura, by sprawdzić, do jakiej ceny opuszczają), to jeszcze zostaliśmy poleceni bratu szefa w Puno, który odebrał nas z dworca o czwartej rano, przechował do siódmej i wysłał za grosze na dwa dni na Titicacę. Umowa łączona, warto rozmawiać. Warto też planować – nawet jeśli potem plany mniej lub bardziej ulegają zmianie.

W kolejnej części cyklu peruwiańskiego nasze wrażenia z Limy, a potem Paracas i Pisco, czyli żółwie i pingwiny na wyciągnięcie ręki.