Dokąd mamy Cię zabrać?

O Wenecji prawdy i mity, odkryj tu każdy zakątek ukryty

Zaśmiejcie się w twarz każdemu, kto będzie twierdził, że Wenecja jest przereklamowana i że warto tam zajrzeć tylko na chwilę – by powiedzieć, że się było i widziało - a potem uciekać od tego gigantycznego tłumu turystów. Odejść od głównych szlaków na pewno trzeba, ale niekoniecznie bardzo daleko. Wenecja z dala od głównego nurtu Canal Grande jest fascynująca i absolutnie wyjątkowa.

Wenecja jest przereklamowana.

W Wenecji ciężko złapać oddech, bo jak nie tłum wokół ciebie, to nieprzyjemny zapach z kanałów. Ogólnie – wątpliwa przyjemność.

Wenecję zobaczyć wypada, bo to słynne miasto, ale zostawać tam dłużej nie ma sensu.

Wenecję zobaczyć warto, bo tonie, a w ogóle to niebawem władze miasta mogą ograniczyć liczbę turystów wpuszczanych każdego dnia do miasta, a przynajmniej w najbardziej oblegane rejony.

Powyższe stwierdzenia traktowałbym trochę abstrakcyjnie, gdyby nie to, że usłyszałem je od znajomych, na własne uszy. Ba, wstyd się przyznać, ale sam miałem czasami takie myśli. Zanim dotarliśmy do Wenecji z dziećmi byłem w niej dwa razy: zahaczając w przelocie do południowych Włoch lub jadąc w inne rejony. Parking na Tronchetto, tramwaj wodny na plac św. Marka, zdjęcia Canal Grande, rzut oka i zdjęcia Pałacu Dożów i Kampanili (dawnej latarni morskiej a dziś dzwonnicy, w biegu łatwo przegapić zachwycając się wszystkim na Piazza San Marco), mosty Rialto i Westchnień, trochę włóczęgi wąskimi uliczkami i do samochodu, a potem dalej w drogę na urlop – przyznacie, że to dość częsty plan na Wenecję. Albo inaczej: brak planu, który najprościej uzasadnić brakiem czasu. Takie przejście tej perełki na wodzie to jednak pójście na łatwiznę i strata okazji na zobaczenie czegoś jeszcze bardziej wyjątkowego. Choć – żeby była jasność – nawet taki plan, jaki wpisaliśmy z przymrużeniem oka też wart jest realizacji, jeśli z różnych przyczyn nie możemy sobie pozwolić na jego rozszerzenie. My mogliśmy, ale i tak czujemy niedosyt i do Wenecji na pewno jeszcze wiele razy wrócimy. Choćby po to, by pospacerować dłużej między kolorowymi domkami wyspy Burano, lub popłynąć do huty na Murano, by zobaczyć cały proces produkcji jednych z najsłynniejszych europejskich szkieł. My z dziećmi z ostatniej atrakcji zrezygnowaliśmy, bardziej z obawy przed gonitwami dzieci w kończącym wycieczkę sklepiku i ewentualnymi kosztami potłuczonych naczyń, ale słyszeliśmy, że warto hutę odwiedzić – tym bardziej, że część hoteli oferuje bezpłatne wycieczki wraz z transportem. Tramwajem wodnym warto też popłynąć na uroczą wysepkę San Giorgio Maggiore i wyrastający z wody kościółek – to naprawdę inny turystyczny świat.

Tramwaje wodne – same w sobie są atrakcją i to na każdej trasie. 75-minutowy bilet kosztuje 7,5 euro, lepiej więc kupić 24-godzinny na wszystkie linie za 20 euro i nie przejmować się nawet, jeśli przejedzie się swój przystanek lub wsiądzie na pokład łódki pospiesznej, która nie wszędzie się zatrzymuje. Taksówka wodna to koszt przynajmniej 50 euro, za tyle samo można też skorzystać z usług gondoliera, choć tu oczywiście bardziej liczy się sama wycieczka niż jej cel. Wracając jednak do tramwajów – vaporeto to ulubiony środek transportu nie tylko turystów, delektujących się widokami miasta z wody i obrazem pięknych budynków wzdłuż Canalu Grande, ale także mieszkańców miasta. Polecamy oczywiście miejsce na zewnątrz, skąd łatwiej chłonąć atmosferę Wenecji, ale też łatwiej przyglądać się innym pasażerom. Widok elegancko ubranych par wracających późnym wieczorem z licznych teatrów lub kasyna nikogo nie dziwi, a zapach ich perfum często splata się z zapachem warzyw lub ryb z torby wracającej do domu staruszki. To wszystko zapachy i uroki Wenecji, miasta, które wspaniale jest obserwować znad filiżanki kawy. Zwłaszcza ruch łodzi po Canale Grande to prawdziwy fenomen i niesamowita plątanina przecinających się szlaków łodzi, łódeczek i małych statków. Szybkość cumowania i odcumowywania vaporeto do kolejnych pomostów też budzi szacunek i podziw, a czasem nawet krótką złość turystów, gdy w godzinach szczytu nie zdążą się pozbierać z środka łodzi, a ta już opuszcza mało popularny przystanek. Przewoźnicy robią to wszystko sprawnie i naturalnie, szybko, ale bez pośpiechu. Zawsze pomogą wnieść wózek dziecinny, nie poganiają. Z wózkiem zresztą większe problemy są podczas spacerów, bo ponad 300 weneckich mostów podzielić można na te trudniejsze i łatwiejsze do sforsowania dla rodziców. Tu nieoceniona okazała się pomoc dzieci, które nawet zmęczone bawiły się wysiadając i wsiadając do wózka oraz pomagając rodzicom wnieść pojazd na kilka stopni. Nasza podstawowa zasada to przedstwaić dzieciom każde wyzwanie badź nieco trudniejszą sytuację w taki sposób, żeby traktowały to jako atrakcję. W tego typu sytuacjach kreatywność bardzo pomaga.

Dla nas Wenecja była najpiękniejsza, gdy włóczyliśmy się wąskimi uliczkami, nie zerkając nawet na mapę, a patrząc tylko na liczne kamienne strzałki na wielu rogach: z dopiskiem „Piazza” (każdy wie, o który plac chodzi), albo „Rialto”. Warto się zgubić, choć na kilka minut, wąską uliczką dojść nawet do brzegu kanału i zawrócić bez cienia irytacji – bo to jest prawdziwe miasto, żyjące z turystów, ale nie samym ruchem turystycznym. Gdy ci, którzy wpadli na jeden dzień wrócili już wieczorem na Tronchetto lub w okolice Garage San Marco (8-piętrowy, polecamy, cena 32 euro za dobę, do vaporeto 100 metrów), by udać się w dalszą drogę, Wenecja przechodzi na inny rytm. Spaliśmy w hotelu Dei Dogi, który chwali się największym prywatnym ogrodem w całym mieście (faktycznie imponujący) i w jego okolicach odkryliśmy prawdziwe miasto, żyjące leniwie wieczorową porą, z dziesiątkami Włochów jedzących kolację w małych lokalnych knajpkach lub po prostu urządzających sobie piknik nad brzegiem kanału, nad rozłożonym na bruku obrusem, nakrytym oliwkami, chlebem, szynką i obowiązkowo butelką wina. Taką Wenecję, prawdziwą i nieoczywistą, poznasz tylko, jeśli zostaniesz w niej na noc.

W wymienionych na początku chybionych ocenach miasta trochę prawdy jednak jest. Wenecja tonie. Na szczęście nie tak szybko, jak wielu obawiało się pod koniec ubiegłego wieku, gdy tysiące drewnianych pali, na których zbudowano miasto zapadło się na ponad 10 centymetrów, ale globalne ocieplenie sprawia, że poziom wody podnosi się o milimetr rocznie. Włosi robią zresztą coraz więcej, by acqua alta, czyli wysoka woda, nie pojawiała się tak często a plac św. Marka bywał rzadziej zalany. Trwa też walka, by specjalne podesty nie musiały na stałe leżeć u drzwi regularnie zalewanej bazyliki.

Władze miasta zastanawiają się ponoć nad ograniczeniem liczby turystów w Wenecji, choćby w wakacje (jak ma to miejsce na przykład na Santorini, czy Machu Picchu), ale takie plany prędko nie przejdą. Nie znaczy to jednak, że nie warto spieszyć się do Wenecji – tam każdy dzień jest piękną, romantyczną przygodą, przeżyciem z gatunku niezapomnianych. Więc jeśli możesz tam zajrzeć – nie zwlekaj. A zostać dłużej – nie zastanawiaj się.