Dokąd mamy Cię zabrać?

PERU CZ. 3. Lima przytłacza, lecz się ją odhacza. Pingwiny na żywo i pustynne piwo

Tego samego dnia, w którym wylądujesz w Limie – polecamy nocne loty, najłatwiej potem szybko przestawić się na czas lokalny – możesz spędzić wieczór pijąc piwo lub lokalne pisco na Plaza Mayor, albo mieć za sobą wizytę na pustyni w rezerwacie Paracas i dwugodzinny rejs pośród fok, lwów morskich i pingwinów, które można podziwiać w ich naturalnym środowisku.

Podróż po Peru zaczyna się i kończy w Limie, tego trudno uniknąć. Sami musicie zdecydować, czy to atut, czy problem – czy sprawia Wam przyjemność zwiedzanie najsłynniejszych muzeów i kościołów, czy wolicie z 10-milionowego miasta uciec zaraz po zdobyciu informacji, że opisana w słynnej powieści Mario Vargasa Llosy (peruwiański lauereat literackiej nagrody Nobla) „Katedra” już nie istnieje. Fakty są takie: wielka Lima czasem przytłacza, ale w centrum, czy też w Miraflores tego nie czujesz. Wokół Plaza Mayor, zwanego też Plaza de Armas jest co zwiedzać i jak delektować się życiem, a widok klifów Miraflores i Barranco rekompensuje wszystko. Jest w Limie gdzie pochodzić nad morzem i poczuć klimat tak naprawdę wielu miast stłoczonych w jedno.

Przy Avenida Jose Larco 799 w bardzo przyjaznym centrum turystyki można otrzymać broszurę ze wskazanymi miejscami, gdzie bywał i znajdował inspirację dorastający w Miraflores Llosa, a nawet zapisać się na darmowy spacer z przewodnikiem. Park Kennedy’ego, Park Salazara i Avenida Pardo to miejsca, których ominąć się nie da, ale cała luksusowa dzielnica Miraflores to bardzo przyjemne miejsce do spaceru po pełnych zieleni miejscach i klifach, z których widać Pacyfik, plaże i wielu korzystających z mocnego często wiatru paragliderów. Idąc na południe wchodzimy do artystycznej dzielnicy Barranco, gdzie nie brakuje kolorowych budynków i jeszcze bardziej kolorowych postaci na ulicach. Polecamy Puente de los Suspiros, czyli drewniany mostek, po którym stąpali niegdyś rybacy, potem liczni zakochani i miłości poszukujący oraz poeci, a dziś każdy, kto marzy – 30 metrów po mostku ze wstrzymanym oddechem gwarantuje ponoć spełnienie jednego marzenia (w większości legend są trzy, ale tu chodzi może o to, że Most Westchnień to naprawdę malutki mostek).

Centrum nie powaliło nas na kolana. Plaza Mayor (zwany też, jak największy plac w większości peruwiańskich miast, Plaza de Armas) wart jest jednak zobaczenia, bo to centralny punkt stolicy, jego bijące serce, jak mówią Peruwiańczycy. Klasyka w czystej postaci: dawne miejsce egzekucji to dziś duża przestrzeń, zieleń i palmy, ławeczki, fontanna, okazała katedra, a wokół, bądź w pobliskich uliczkach, wiele dobrych restauracji i niedrogich, ciekawych knajp. Co godzinę pod pałacem prezydenckim można zobaczyć zmianę warty, a potem wejść w deptak Jiron de la Union pełen licznych sklepów i dziwnych sklepików w malowniczej lokalizacji. Na koniec dnia dobrze złapać autobus za 2-3 sole (płatne u kierowcy) i pojechać na wzgórze San Cristobal, skąd widok na Limę jest naprawdę doskonały. Tam zachód słońca, potem wieczór w Parque de la Reserva i jego pięknie oświetlonymi fontannami i Limę można uznać za zaliczoną. A potem ruszać do oddalonego o 4 godziny Paracas.

Autobus zatrzymuje się pięć minut od przystani, trochę czasu można poświęcić na targowanie się w kilku agencjach turystycznych lub z licznymi naganiaczami, a potem wsiadać do pontonowej motorówki i cieszyć dwugodzinną wyprawą szlakiem fok, lwów morskich i pingwinów (tak, przyznamy się, pingiwny w tej części nas zaskoczyły – oczywiście w momencie czytania przewodników, na Islas Ballestas wiedzieliśmy już, czego oczekiwać). Morskie safari z aparatem zaczynamy od widoku kandelabra, czyli ogromnego obrazu świecznika na nadmorskim wzgórzu. Przypomina „kosmiczne” obrazki z Nazca, naszym zdaniem jest jednym z nich i sprawia, że wielu nadal się zastanawia, czy to ślad pobytu obcych na naszej planecie, czy też dowód artyzmu i wielkiego rozmachu naszych przodków. My w sporze Ericha von Daenikena z antropologami stawiamy na tych drugich, co nie przeszkadza nam zachwycić się gigantycznym kandelabrem i… uznać, że na więcej podobnych dzieł w Nazca patrzeć nie musimy. Odpuszczamy.

Zanim zachwycimy się wylegującymi na skałach fokami i mnogością różnych gatunków zwierząt oraz ptaków, dostajemy też informację, że Islas Ballestas zarabiają na… guano. Guano, czyli odchodach, tych ptasich właśnie. Zbierane raz do roku i sprzedawane za dobre pieniądze, bo cenione na świecie jako nawóz, pokazuje, że biznes da się zrobić na wszystkim. Historia z guano wyjaśnia też biały kolor wielu skał – kormorany i pelikany z ptasim towarzystwem zrobili swoje.

Morskie safari jest fantastyczne, a wrażenia nie psuje nawet fakt, że każdy z wielkich pontonów jest dość zatłoczony. Przestrzeń zyskamy podczas późniejszej jazdy po pustynnym rezerwacie Paracas (radzimy zakupić wycieczkę łączoną. Czasu jest sporo, nikt nikogo nie goni, cena korzystna, przewodnicy zaangażowani, bo czekają na napiwek). Śliczna czerwona plaża (naprawdę piasek ma taki kolor!), robiące wrażenie klify, no i podmuch gorącego pustynnego powietrza – nam się podobało. Obiad w pobliskiej knajpie, piwo i ryby, co do których świeżości nie ma cienia wątpliwości, oraz fakt, że na nasze życzenie stolik z uśmiechem wyniesiono i ustawiono na kamienistym cypelku (uwaga na mewy – złodziejki!), też zapadł w pamięci. Spędziliśmy kapitalny, intensywny dzień, po którym przez większość nocnej podróży do Arequipy spaliśmy jak niemowlaki. Wrota wodnego raju, a dla nas drzwi do peruwiańskiej przygody, uznaliśmy w Paracas za szeroko otwarte.

MoŻŻe być waŻŻne:

  • Miraflores to naprawdę dobre miejsce na nocleg – sporo tu niezłych hoteli w różnych zakresach cenowych, jest bezpiecznie, jest gdzie się przejść i gdzie coś zjeść oraz spróbować lokalnych drinków. Łatwo też dostać się do niezbyt odległego centrum, w którym nocleg naszym zdaniem nie jest tak przyjemny;

  • Jeśli nie polujemy na wyszukaną kuchnię peruwiańską (o CUY, czyli śwince morskiej, piszemy TUTAJ http://traveladvizel.pl/pl/podrozz/jesli-cuy-tylko-w-peru-czyli-swinka-morska-w-smakach-wielu), warto poszukać w okolicach Plaza Mayor knajpek z „menu del dia”. Na samym placu ceny są wyższe, ale w pobliskich przecznicach można dobrze i ciekawie zjeść już za 10 soli, czyli niespełna 15 złotych.

  • W Paracas warto stawić się jak najwcześniej, nie warto natomiast ograniczać się do rejsu motorowym pontonem. Ciekawe są nie tylko Islas Ballestas oraz przepiękne ptaki i liczne morskie stwory, ale także pustynny rezerwat, którego kolorowe klify robią duże wrażenie. Warto kupić wycieczkę łączoną w jednym z biur przy samym małym porcie – wychodzi najtaniej i jest to najlepsza opcja. W cenie jest też zazwyczaj dość ciekawe pustynne muzeum rezerwatu.

  • To może być dzień kontrastów – przygotujcie się, że na łodzi może być chłodno, przyda się też kurtka przeciwdeszczowa. Kilkanaście minut później znajdziecie się na pustyni, a tam już będzie znacznie cieplej.

  • Pelikan pozujący do zdjęć jest naprawdę bardzo sympatyczny, zasługuje na swoja pensję w postaci ryb. My nie odmówiliśmy sobie z nim zdjęcia