Dokąd mamy Cię zabrać?

Lego, pingwiny i dzikie zwierzęta, Dubaj na zawsze zapamiętam

Po dwutygodniowym wyjeździe do Dubaju sam nie wiem, co podobało mi się bardziej – loty samolotem, pływanie w basenie, tygrysy, żyrafy i hieny w zoo, wielbłądy na plaży, czy rekiny i ryba piła w gigantycznych akwariach? A może ten baaaaaaardzo wysoki budynek, podobno najwyższy, na którym byli też rodzice, bo wyższego nie ma nigdzie na świecie? Jasne, wszystko było fajne, ale najfajniejsze chyba te wszystkie wielkie dźwigi, które budowały nie tylko w dzień, ale i w nocy. Bo tam były też takie nocne dźwigi, naprawdę.

Dźwigi były super, choć z plaży było do nich daleko i nie było ich wcale słychać. Mogłem na nie jednak popatrzeć biegając po piasku i w morzu, choć przy plaży Jumeirah, gdzie mieszkaliśmy, prawie wszystkie wieżowce były już wybudowane – też zresztą wyglądały niesamowicie, nigdy wcześniej takich wielkich nie widziałem. Im dalej od morza, tym dźwigów było więcej, dlatego nie nudziło nam się, gdy jechaliśmy pół godziny do parków wodnych albo Legolandu, bo po drodze cały czas się coś działo. Rodzice byli z nas dumni też w drodze z lotniska do hotelu w Dubaju i mówili, że lot czarterem (nie wiem, co to takiego, ale chyba jakiś typ samolotu) na trasie Warszawa - Fujairah, znieśliśmy doskonale. Mówili, że trochę się obawiali, jak damy sobie radę przez te sześć godzin, a potem dwie kolejne w taksówce, a tymczasem wszystko poszło jak z płatka. My to byśmy nawet z Nelą chcieli, żeby lot trwał dłużej, bo cały czas coś się działo: najpierw było fajnie na lotnisku, gdzie każdy się do nas uśmiechał i puszczał przodem – chyba po to, żebyśmy szybciej mogli oglądać przez takie wielkie szyby startujące samoloty. Potem sami wsiedliśmy do naszego samolotu i usiedliśmy w takich wielkich fotelach, jakbyśmy byli już dorośli. Żadne tam foteliki dla dzieci – mieliśmy takie same miejsca jak wszyscy.

Siedząc w takim fotelu dla dorosłych też powinieneś zachowywać się jak dorosły. Przy starcie wcale się nie bałem, choć samolot jechał bardzo szybko. Trochę się zdziwiłem, jak nagle oderwał się od ziemi i poleciał, ale nic nie powiedziałem, tak mi się to podobało. Potem super był jeszcze moment, jak wlatywaliśmy w chmury i jak odbijało się od nich potem słońce i można było zająć się tym, co w samolocie. Rodzice ciągle pytali, czy wszystko jest w porządku, a przecież było! Sami zresztą o to dbali: co chwila dawali nami pić wodę (pozwolono nam wnieść własną przez takie fajne bramki na lotnisku, które brzęczały, jak ktoś przechodził) i mówili, że to po to, żeby nie buczało w uszach, gdy samolot się wznosi. Jedzenie też podano nam szybko i było bardzo smaczne: rozłożyliśmy sobie serwetki na naszych małych stoliczkach, wyciąganych z siedzeń przed nami i na pół godziny rodzice mieli nas z głowy (musieli tylko potem trochę posprzątać, ale powinni być przyzwyczajeni, prawda?). Potem czas na trochę układania puzzli, dostaliśmy też pozwolenie na kilka bajek, oczy nam się zamknęły i… zaraz lądowaliśmy. O mało bym to przegapił! Poszło więc szybko, a rodzice (właściwie to mama…) tak się martwili.

Na lotnisku w Emiratach wyszła po nas miła pani w ładnym mundurze - czekała specjalnie na nas! Państwo z kolejki zdenerwowali się, że prowadzi nas na początek, tata przepraszał i mówił, że i tak wszyscy trafią do jednego autobusu (poza nami, ale tego nie mówił…), ale pani wyjaśniła, że małe dzieci mają w ich kraju pierwszeństwo i że sami zobaczyli na liście nasze daty urodzenia. Urocze, prawda?

Taksówka okazała się bardzo przyjemna, jak wszystkie w tym kraju. Kierowcy jeździli wolniej niż tata i bardzo ostrożnie, wszyscy bardzo też o nas dbali, regulowali temperaturę w samochodach i chętnie opowiadali o miejscach, w które jechaliśmy. Nie znali tylko nowego zoo i safari, bo podobno otworzyli je dopiero wtedy, jak do nas przyszedł Mikołaj (czyli niedawno), ale my mogliśmy im opowiedzieć, jak tam jest fajnie. Nie tylko widzieliśmy bardzo dużo zwierzątek, ale przez godzinę jechaliśmy specjalnym małym busem przez wybiegi zwierząt, a one chodziły obok samochodu i było jak w bajkach, albo jak na zdjęciach rodziców z Afryki. Mnie najbardziej podobał się hipopotamy, który wyszły z wody tuż obok naszego samochodu i tygrysy, biały oraz pomarańczowy. Tata śmiał się, że widzieliśmy więcej niż oni z mamą na swoim safari, bo w Tanzanii (taki kraj z wielkimi parkami i dużą liczbą zwierzątek) tygrysów nie ma! Hieny za to są, i gepardy też. I żyrafy, przyjaciółki mojej siostrzyczki. Nela jak zaczęła mówić, to opowiadała wszystkim, że żyrafy ze zdjęć w domu to jej przyjaciółki i tak zostało, a teraz widziała całe stadko z kilku metrów! Podziwialiśmy też lwy i małpki, było ekstra! Brakowało tylko pingwinów, ale te przecież widzieliśmy w takim dużym centrum handlowym i tańczyliśmy z takimi z Madagaskaru w Motion Gate, tam gdzie były też smerfy i kolejki górskie, i wiele innych atrakcji. Był też król Julian i poświęcał nam dużo czasu, i Kugfu Panda i wszyscy się z nami bawili – o tym opowiem kiedy indziej. Teraz powiem tylko, że prawdziwe były te pingwiny w centrum handlowym, na stoku narciarskimi – wiedzieliście, że one potrzebują zimna i najlepiej im na śniegu? Dlatego w Dubaju są tylko w budynkach, bo na zewnątrz jest dla nich za ciepło…

Dla dzieci jest zresztą też często za gorąco, dlatego pojechaliśmy tam w styczniu i bo to do marca najlepsza pora. U nas zima – a tam lato, bardzo miła temperatura. I można bawić się na tych wszystkich placach zabaw, których nie brakuje i w hotelach, i przy plażach, i na ulicach nawet. A każdy otwarty dla wszystkich przechodzących i fajniejszy niż w okolicach naszego domu. Chciałbym spędzać tam więcej czasu. Nela zresztą także…

Neli podobała się jeszcze jazda małymi samochodzikami po terenach hotelowych. Cały czas mówiła, że chce jechać baggim – to takie małe elektryczne taksóweczki, w które wsiada się na chwilę, by gdzieś sobie podjechać, na przykład z pokoju na stołówkę. Atrakcje czekały właściwie wszędzie, więc będę miał tu jeszcze o czym opowiadać.

A teraz napiszę tylko tyle, że często pakujemy z Nelą w naszych pokojach w domu nasze małe plecaki i mówimy rodzicom, że jedziemy do Dubaju. Koniecznie musimy tam jeszcze wrócić!