Dokąd mamy Cię zabrać?

Kolejką jedziemy w chmury, bo w Austrii jeziora najlepiej widać z góry.

Nela chciała jechać na szczyt wysokiej góry takim czerwonym wagonikiem, a ja żółtym, więc rodzice ustalili, że podjedziemy tym, który pierwszy zjedzie z takiego ogromnego koła, na którym wagoniki zawracają, a potem wrócimy na dół takim w innym kolorze. Wjechaliśmy więc żółtym, choć ze środka akurat wcale nie było tego widać. Gdy już pan zamknął za naszą czwórką drzwi na specjalny zamek i popchnął nasz wagonik na taką bardzo grubą metalową linę (tata pokazał nam ją po drodze, kawałek wisiał na ścianie, bardziej przypominała szynę niż sznur) wcale się nie baliśmy. Patrzyliśmy za to wokół i było bardzo pięknie – widzieliśmy i jeziora, i góry, i ludzi schodzących ze szczytu, a nawet dwie koparki, których wcześniej nie zauważyłem z dołu. Naprawdę fajnie się jechało.

Na górze spotkaliśmy dużo turystów o skośnych oczach i dużo pań chciało sobie robić zdjęcia ze mną lub Nelą, ale my takich zdjęć za bardzo nie lubimy. Pobiegaliśmy sobie po szczytach, a mama bardzo się bała, choć tata przecież cały czas się śmiał i mówił jej, że w żadną przepaść skakać nie będziemy. Prawdziwych przepaści tam zresztą nie było, tylko trochę stromych ścian obok szerokich szlaków. Jak mieliśmy nie biegać, to trzeba było zabrać zostawione w samochodzie plecaki. Takie, w których mama i tata noszą nas na plecach. Wtedy siedzielibyśmy grzecznie w tych plecakach i mama z tatą nie musieliby za nami ciągle biegać i się denerwować, że coś nam się stanie.

Tata powiedział, że wielkich podejść na górze nie ma, są za to piękne widoki i będziemy chodzić na własnych nogach i miał rację – było fajnie na tym Zwoelferhornie. Znalazłem nawet w trawie ślimaka, takiego samego, jak chodzą u nas koło domu (lubię ślimaki, mają fajne różki i noszą ze sobą domki), rodzice kupili nam też soczki jabłkowe. Mogliśmy sobie posiedzieć i popatrzeć na wszystko z góry. Pięknie było. Nawet Nela tak kilka razy powtórzyła, choć przecież ona nie ma jeszcze nawet dwa i pół roku i może do końca nie wiedzieć, co to znaczy, że coś jest piękne. Ja jej na wszelki wypadek tłumaczyłem, że to jest wtedy, gdy coś jest bardzo ładne, że aż chce się zatrzymać i wszystko podziwiać. Tak, jak tutaj i tak, potem na dole, gdy już zjechaliśmy z powrotem do miasteczka.

Jezioro też bardzo mi się podobało. I lody mi smakowały. Pan kelner mówił po polsku i nawet bardziej się cieszył, jak mówiliśmy do niego „Dziękuję”, niż „Danke”, jak przez ostatnie dni (to po niemiecku, w tym języku, w którym tutaj mówią, ale „thank you” też każdy rozumie). Gdy zamawialiśmy sobie sami z Nelą pizzę, spaghetti i lody to też każdy rozumiał, choć akurat na lody trzeba było mówić „Eis”. Ale były pychotka.

Pychotka były też ryby i bardzo się temu dziwili rodzice. Znaczy nie temu, że pychotka, bo im też smakowały, ale że my tak chętnie je jedliśmy. – Przecież wcześniej ryb za bardzo nie lubili? – dziwiła się mama. A powinna wiedzieć, że nam czasem coś smakuje, a czasem nie. Trochę się czasem coś lubi, a trochę nie lubi, każdy tak przecież ma, prawda?

Po tej górze i jeziorze byliśmy już o dziwo zmęczeni, dlatego wsiedliśmy do samochodu i przespaliśmy się po drodze do takiego większego miasta, gdzie spędziliśmy wieczór. Zatrzymaliśmy się na takim parkingu w samym środku góry i szliśmy potem grotami, jak w bajkach, by wyjść nagle w samym centrum miasta. Tata mówi, że ten parking Altstadt, Hildmannplatz to genialne rozwiązanie i ja się z nim zgadzam, bo bardzo mi się te groty podobały. Sam bym się może w nich zgubił, ale rodzice na szczęście pamiętali, gdzie zostawiliśmy samochód. To bardzo ważne, bo gdybyśmy go nie znaleźli, nie znalazłbym też mojego misia, który tam na mnie czekał. Ja zresztą chciałem go wziąć do mojego małego plecaczka (razem z Nelą mamy swoje plecaki na wodę, lornetkę i inne ważne rzeczy), ale rodzice powiedzieli, że może mi wypaść w tłoku i że chce odpocząć w samochodzie. Tylko dlatego został.

Po Salzburgu chodziło się super. Były fajne mosty, w tym taki jeden, na którym ludzie poprzypinali bardzo dużo kłódek. Tata mówi, że to dlatego, że wierzą, że jak zamkną tu na moście taką kłódkę, jak my mamy na szopie przed domem, a klucz wyrzucą, to się nigdy nie rozstaną. To bardzo dziwne, bo po co zamykać kłódkę, żeby jej nie otworzyć? Gdyby tata tak zrobił w domu, nie miałby potem jak wyjąć kosiarki do trawy.

Było też dużo drutów nad ulicami. Tata mówi, że to dla trolejbusów, takich specjalnych autobusów, które nie smrodzą, bo jeżdżą poprzypinane do tych drutów właśnie. Choć czasem się odpinają – gdy wjeżdżaliśmy do miasta i jeden taki trolejbus stał przed nami, wszyscy zaczęli na nasz samochód trąbić i tata trochę sie zdenerwował. Dopiero potem zobaczył, że pan kierowca autobusu wysiada i specjalnym kijem podnosi leżące na dachu kable, przypinając do drutów nad ulicą i że każdy za nami trąbił, by ten trolejbus wtedy ominąć. Tata w sumie przyznał, że mieli trochę racji, ale mnie się podobało, jak ten pan podnosił druty.

W tym mieście podobała mi się też piekarnia, w której były wielkie ślimaki i żaby z chleba oraz fontanny, których było naprawdę sporo. Z jednej woda lała się nawet z koni, które na niej stały, takich kamiennych. I zamek jeszcze był piękny, szczególnie, jak wieczorem super go oświetlono. Wolałem wprawdzie te góry i jeziora, które były wcześniej, ale miasto Salzburg też mi się podobało. Choć zupełnie nie rozumiem, dlaczego tyle osób robiło sobie zdjęcia przed takimi zwykłymi domami, w których mieszkał jakiś pan, grający na skrzypcach. Jego przecież tam już nie było – bo gdyby był, słychać by przecież było muzykę, prawda? A muzyka i tak na zdjęciach by nie wyszła. Ale dorośli są czasem dziwni i trzeba się do tego po prostu przyzwyczaić.