Dokąd mamy Cię zabrać?

Jezioro Maggiore to perła natury, tu w beczce pojedziesz w chmury

Dojeżdżając do stacji kolejki ufajcie przydrożnym drogowskazom, a nie mapie google – chyba, że lubicie przygody. Nas ciocia g. wprowadziła w jednokierunkową uliczkę tak wąską, że aby zmieścić się w przejazd między dwoma domami musieliśmy złożyć lusterka samochodu. Nie przywiązujcie się też do nazwy „kolejka”, bo tak naprawdę w górę pojedziecie w dwuosobowej beczce. Będąc nad Lago Maggiore wycieczki tej przegapić jednak nie można, choćby dlatego, by znaleźć się naprawdę „nad”. Nad całym miasteczkiem i drugim co do wielkości jeziorem Włoch, a zarazem największym, którego choć część należy do Szwajcarii.

Będąc na Sasso del Ferro, ponad 1000 metrów nad Laveno-Mombello (piękna nazwa dla miasta, nieprawdaż? Muzyka dla uszu, sama w sobie będąca obietnicą przygody…) trudno się zebrać, by wracać na dół. Widoki wręcz powalają na kolana i to w każdą stronę. Na górze czeka dodatkowo sympatyczna i niezbyt droga (zwłaszcza jak na swoją miejscówkę) knajpa, trzyosobowa huśtawka, plac zabaw a nawet nieźle oceniany hotelik (nie testowaliśmy, ale wschód i zachód słońca, które można obejrzeć tam nocując działają na wyobraźnię). Czeka też przestrzeń oraz wiatr. To naprawdę cenne rzeczy, zwłaszcza w czasach, gdy coraz trudniej trafić w turystycznym sezonie w miejsce, gdzie będziecie sami ze sobą, bez tłumu ludzi dookoła. Laveno-Mombello spokój zapewnia, a na turystów specjalnie nastawione chyba nie jest, skoro w całej miejscowości znaleźliśmy tylko jeden sklep z magnesami.

- Ale u nas w poniedziałki niestety zamknięte – informuje przez uchylone drzwi sympatyczna dziewczyna, przekładająca towary.

- Czyli nigdzie magnesów nie kupię? Jutro nas tu nie będzie.

- Niestety. Nikt inny ich nie sprzedaje – smuci się Włoszka, ale widząc nasze błagalne spojrzenia mówi: - Jeśli macie równo odliczone 4 euro, schowam pieniądze i wrzucę do kasy jutro. Reszty nie mam jak wydać.

Mieliśmy tylko banknot 10 euro, ale uznałem, że chętnie stracę dodatkowe 2 euro, zwłaszcza, że w takiej sytuacji targować się nie wypada. A tu kolejne zaskoczenie: - Chcecie dwa, a ja nie mam wydać… To dam trzy za dziesięć, będzie dobrze?

Pewnie, że było dobrze. A godziny otwarcia w ogóle warto posprawdzać wcześniej (nie tylko nad Maggiore), bo nam uciekła choćby wizyta w położonym kilka kilometrów od Laveno-Mombello Klasztorze Santa Caterina del Sasso. Gdy podjechaliśmy pod bramę okazało się, że od godz. 12 do 14 eremici mają przerwę, a później my mieliśmy inne plany. Z bólem więc wizytę w przepięknym podobno miejscu odpuściliśmy, traktując to jako kolejne zrządzenie losu, które przyprowadzi nas nad Lago Maggiore ponownie - mamy nadzieję, że już niebawem. Klasztor na skałach, do którego najprościej dopłynąć z Laveno lub Stresy (leży w Piemoncie, na drugim brzegu jeziora, ale oferuje lepsze połączenia promowe niż lombardyjskie Mombello) naprawdę działał na naszą wyobraźnię i… tak pozostało. Do kolejnej wizyty nad przepięknym jeziorem Maggiore skłoni nas też fakt, że z powodu długiego okresu przebudzenia dzieci, a potem przeciągające się śniadania (znacie to, prawda? Nawet gdy wasze dzieci, tak jak nasze, to świetni kompani w podróży) odpuściliśmy rejs po jeziorze. A to jest tak naprawdę atrakcja niesamowita, bo promy zawożą turystów na trzy piękne Wyspy Boromejskie – należące kiedyś do niezwykle zamożnego rodu Boromeuszy z Mediolanu, a dziś przyciągające turystów niczym magnes. Isola Bella, Isola Madre i Isola dei Pescatori zasługują, by poświęcić im cały dzień, ale – UWAGA – od samego rana. My przybyliśmy do Laveno-Mombello po godzinnej jeździe z Como (trasa urocza, ale polecamy korzystanie z nawigacji – wiele rond i małych dróg) tuż przed południem. Czas na wykupioną wycieczkę z przewodnikiem pewnie by się znalazł, ale wolimy chodzić własnymi drogami i we własnym tempie. A czasu na skorzystanie z całodziennego biletu promowego i zadowolenie z tej inwestycji (28 euro) brakowało...

Całodzienny bilet hop on – hop off pozwala wysiąść na Isola Madre i spokojnie zwiedzić fantastyczny podobno Pałac Boromeuszy (płatny dodatkowo) oraz na Wyspie Rybaków, gdzie czeka idealny obiad oparty na świeżym towarze z ciągłych połowów. Nam to wszystko umknęło, ale nie narzekaliśmy – obiad zjedliśmy nad brzegiem jeziora w Laveno-Mombello, widoki mieliśmy wspaniałe, a dodatkowo pozostało wiele powodów, by nad jezioro Maggiore wrócić. Tęsknota i gonitwa za przegapioną szansą napędza, też tak macie?

Zdążyliśmy pochodzić po miasteczku i wjechać kolejką na Sasso del Ferro – to wystarczyło, byśmy tym miejscem zostali zauroczeni nie mniej niż uwielbiający to wzniesienie paragliderzy, szybujący często nad jeziorem. Widząc, że zamiast wagoników na górę jedzie coś przypominającego beczkę, do której obsługa za niewygórowaną cenę 10 euro wpuszcza tylko dwie osoby (nawet gdy jedna jest jadącym bezpłatnie małym dzieckiem), niektórzy mogą się zawahać. Rezygnacja byłaby jednak błędem, podobnie jak skorzystanie z wagoników (beczek, powiedzmy sobie szczerze) zamkniętych od góry. Widok podczas ponad 15-minutowej jazdy jest niesamowity, a dech odbiera dodatkowo fakt, że jedzie się na stojąco, a barierka nie jest wcale tak wysoka. Nasze dzieci strachu jednak nie czuły, oboje spędzili sporą część podróży stojąc na naszych udach i wesoło machając do siebie z kolejnych beczek. Na górze i dole czeka też przeszkolona obsługa – otwieranie wagonika przebiega bardzo sprawnie, a że tłoku najczęściej nie ma, Włosi sami delikatnie zmniejszają prędkość wyciągu. To naprawdę fantastyczna wycieczka, którą z całego serca polecamy kożdemu, kto kiedykolwiek będzie miał okazję być w tej części Włoch czy Szwajcarii. Szkoda tylko, że jest tak mało dostępnych informacji o tym miejscu– w wielu polskich mniejszych przewodnikach po północnej Italii nazwa „Maggiore” w ogóle nie figuruje, o słowach „Laveno”, „Mombello”, czy „Stresa” nawet nie wspominając.

My wiemy na pewno, że chcemy tam wrócić bo czujemy duży niedosyt. Może tym razem uda nam się zachwycić tym pięknym widokiem na otoczone górami jezioro Maggiore jesienią. Wyobrażamy sobie, że jesienią, gdy liście zmieniają swój kolor, musi tam być naprawdę fantastycznie. A może nas uprzedzicie i resztę odkryjecie sami a potem coś nam jeszcze podpowiecie?