Dokąd mamy Cię zabrać?

Dziecko w restauracji i oglądanie bajek, telefon przy stole bardzo się przydaje

Dziecko w restauracji siedzi przy stoliku i ogląda na tablecie lub telefonie bajkę. Wasze pierwsze wrażenie? Coś nie tak z tą rodziną? Jak tak można? To zupełnie niewychowawcze? Rodzice idą po najniższej linii oporu? Nie radzą sobie z wychowaniem? A może jednak odczuwacie wyrozumiałość i zrozumienie dla całego towrzystwa przy stoliku obok?

Na wstępie wypada się przyznać i uderzyć w pierś – nie mając dzieci zaliczaliśmy się oboje do grupy, która zadaje sobie wszystkie powyższe pytania z wyjątkiem ostatniego. W ogóle zastanawialiśmy się, czy dziecko w restauracji to dobry pomysł. Na jedzeniu się za długo nie skupi, biegając między stolikami nie wpłynie na komfort innych klientów, rodzic też będzie miał trudności, by delektować się posiłkiem. Same minusy, prawda? Dużo prościej o takie wnioski niż o empatię względem momentami zawstydzonych, momentami zrezygnowanych i krótkimi tylko chwilami odprężonych rodziców. Refleksja typu: „Mają więc z dzieckiem w domu siedzieć?” przychodzi też raczej dość później. Czasami wręcz bardzo późno, dopiero gdy sami znajdziemy się w sytuacji opisywanych rodziców z dzieckiem w restauracji...

Doskonale rozumiemy ludzi, którzy przychodząc do restauracji chcą cieszyć się nie tylko posiłkiem, ale i jego atmosferą. Cisza, spokój, odprężenie, szeptana rozmowa... Polska to nie Włochy, czy Grecja, gdzie w każdej knajpce znajdą się nie tylko krzesełka dla dzieci, ale przede wszystkim wiele uśmiechów skierowanych w stronę małych rozrabiaków (nasze akurat szybko z krzesełek zrezygnowały. One chcą „jak dorośli”. Nela doszła do takich wniosków jeszcze przed pierwszymi urodzinami). W restauracjach często panuje gwar, te najmłodsze głosy nikogo nie rażą. I nie piszemy tego, by pisać, że u nas jest gorzej - bo z Polski jesteśmy dumni i naszym krajem zawsze się chwalimy, zachęcając spotkanych na szlaku ludzi, by koniecznie tu przyjechali. Ale u nas jest po prostu inaczej. W naszym kraju nie spotkaliśmy się z taką sytuacją, jak nad Lago di Como, gdy przesympatyczny restaurator, przyniósł płączącemu Żywkowi balonika i garść grissini, czyli pysznych chlebowych paluszków, po czym zaprosił do siebie, choć tylko przechodziliśmy obok jego ogródka. Jasne, wyczuł, że możemy u niego zostać na obiad (co też się stało, spaghetti miał wyborne, a pizzę z fantastycznego pieca), ale mamy wrażenie, że w Polsce jednak rodzina z dwójką dzieci nie sprawia wrażenia pożądanych klientów. Oczywiście mówimy o miejscach dla każdego, a nie takich, które przygotowane są głównie dla rodzin z dziećmi, a hasło „Dziecko w restauracji mile widziane” mają na sztandarach.

Jak znaleźć rozsądny kompromis i rozwiązanie sytuacji (świadomie nie używamy słowa „problem”) z dzieckiem w restauracji? Oglądanie bajek wydaje się właśnie takim idealnym wyjściem, na którym wszyscy wygrywają. W naszym domu nie ma możliwości, by Żywek z Nelą zerkali w tablet, telefon czy telewizor siedząc przy stole. Nauczyli się cieszyć posiłkiem: przygotowaniem jedzenia, a potem wspólnym czasem w rodzinnym gronie. Dlatego bajka w restauracji jest atrakcją i to taką, dzięki której można jeszcze coś spokojnie wytargować. Wchodząc do restauracji z dziećmi obiecujemy ulubiony film pod warunkiem spokojnego oczekiwania na zamówienia (pomagają w tym często kolorowanki), a potem ładne zjedzenie obiadu (z tym akurat problemów u nas nie ma, niejadków w domu nie mamy). Żywek i Nela dużo czasu przed telewizorem nie dostają, więc atrakcja jest dla nich naprawdę warta uwagi. Gdy więc zjedzą to, co sobie zamówili, nie widzimy nic złego w tym, żeby półgodzinną, dopuszczalną dziennie dawkę bajek otrzymali właśnie przy stoliku w restauracji. Oczywiście oglądają niezbyt głośno, za to w skupieniu, zwłaszcza, że dbamy o to, by bajki były edukacyjne. „Dora poznaje świat” czy „Umizoomi” to ostatnie hity, po których naprawdę zostaje dzieciakom w głowie sporo słów angielskich i liczb, a każdy odcinek „Andy’ego i zwierzątek” wywołuje falę ciekawych pytań, które rodzica mogą tylko cieszyć. „Psi patrol”, czy „Strażak Sam” aż tylu wartości edukacyjnych naszym zdaniem nie mają, ale skoro dwoje naszych dzieciaków czasem wybiera taki repertuar, nie ma z nimi co dyskutować. Choć ciekawe dyskusje bardzo sobie cenimy i rozmowę z dziećmi uważamy za najlepszy sposób na rodzinne spędzenie czasu w restauracji... Często się udaje, zwłaszcza gdy jesteśmy w ogródku knajpki w nowym, ciekawym miejscu i dużo się wokół nas dzieje, ale przyznajemy – czasem z musu stawiamy na oglądanie bajek. Podmęczone zwiedzaniem dzieciaki czasem muszą sobie pomarudzić, zamiast więc czekać z niepokojem na przekroczenie tej granicy, po której jest tylko kilka minut płaczu, stawiamy na bajkę z telefonu i delektujemy czasem dla siebie oraz dla miejsca, w którym jesteśmy. Pełne potępienia spojrzenia ze stolików obok – łatwo je zauważyć, serio – nie robią na nas wrażenia. Zwłaszcza, że dzieci z bajkami na tabletach wokół nas jest dużo więcej niż par, którym takie podejście do dzieci się nie podoba. Albo w ogóle im się nie podoba, że rodzice ośmielili się wziąć dziecko do restauracji.

Żywek miał 9 miesięcy, gdy z będącą już w ciąży Elą pojechaliśmy na kupioną wcześniej wycieczkę na Skiathos. Malutkie dziecko i drugie w drodze sprawiły, że większą atrakcją były dla nas spacery po wyspie i kulinarne podróże szlakami odnalezionymi w jej wąskich uliczkach niż plaża, na której atrakcji dla takiej rodzinki brakowało (basen był lepszym rozwiązaniem). Nasz synek cudownie sprawował się w uroczych greckich knajpkach: chłonął świat wokół siebie, czasem przespał się w wózku lub na wygodnej kanapie, próbował porozumiewać z kelnerami, u których wzbudzał autentyczną sympatię – udawać w ten sposób nie daliby chyba rady. Mamy dziś przekonanie graniczące z pewnością, że tamten czas w Grecji ukształtował Żywka - sprawił, że jest dzieckiem otwartym na świat i innych ludzi, lubi rozmowy, nie obawia się nieznajomych. Nela jest zresztą taka sama. I naprawdę nie widzimy żadnego powodu, by tę formę rozwoju naszych dzieciaków ograniczać i nie bywać w restauracjach. A podczas takiego pobytu oglądanie przez nie bajek to często świetny sposób, by po posiłku mieć siły i ochotę na obejrzenie jeszcze więcej świata wokół nas – na żywo, nie w ekranie telefonu.