Dokąd mamy Cię zabrać?

Austria mniej znana i mało odkryta, górami i jeziorami dziecko przywita

Jezioro Fuschl? Jezioro Wolfgang? Jezioro Mond? Nie brzmią specjalnie znajomo, prawda? Warto to zmienić, bo kochana przez polskich turystów bardziej z powodu doskonałych miejsc na narty Austria, ma sporo do zaoferowania również latem. Region Salzkammergut po prostu urzeka, oferując piękne góry i otoczone nimi krystalicznie czyste jeziora, tak malownicze, że nawet nasze malutkie dzieci raz po raz powtarzały: „Pięknie tu jest” - o tym trochę więcej opowiedzą Żywek i Nela, w swojej zakładce Oczami ŻŻywka i Neli.

Jak tu trafić? Można np. w drodze z Polski do Włoch – od naszej granicy do przejechania jest 600 kilometrów, co czyni ten region doskonałym miejscem na postój, gdy podróżuje się z dziećmi i dba o ich komfort, a także długość przejazdów. Z autostrady zjeżdża się przed Salzburgiem i po kilku minutach człowiek znajduje się w zupełnie innym świecie, by spokojnie naładować akumulatory przed dalszą podróżą.

Można też oczywiście przyjechać celowo, w pełni świadomie, co polecamy. Wybrać się w Alpy latem, by pochodzić po górach lub pojeździć rowerem po doskonale przygotowanych trasach – wymagających, ale też oferujących wspaniałe widoki. Region Salzburga nie jest (jeszcze?) odkryty przez Polaków, czego dowodem jest choćby fakt, że większość miejscowych atrakcji nie ma nawet swoich stron w pisanej w naszym języku Wikipedii (stan na koniec maja 2018). Nie wierzcie jednak opiniom, że gdy czegoś ciocia Wiki nie zna, lub nie potrafi nam o tym opowiedzieć po polsku, to coś nie istnieje – tak naprawdę ma się wspaniale i wygląda jak w bajce.

Nasz pobyt nad Fuschlsee zaplanowaliśmy na niespełna trzy dni, ale gdyby nie fakt, że czeka już nas oddalona o 450 kilometrów Wenecja, a potem jeziora Maggiore, Garda i Como, pewnie pobyt byśmy przedłużyli. Tu naprawdę czas zatrzymał się w miejscu, a życie w malutkich austriackich miasteczkach płynie leniwie swoim rytmem. Z dala od turystycznego zgiełku można porozmawiać spokojnie z kosowskim kelnerem, zachwyconym, że może odświeżyć swój język polski i dowiedzieć się, że naszych rodaków niemal w tym regionie nie ma, a słynące z pięknych dekoracji i jarmarków świątecznych miasteczko Sankt Gilgen praktycznie wymiera od stycznia do marca.

- Wtedy wyjeżdżam, bo ileż można żyć tak powolutku? – pyta nas Florenc, dając też jasno do zrozumienia, że na zamówionego świeżutkiego pstrąga będzie trzeba trochę poczekać. Nie dlatego, by w pięknie położonej, na samym brzegu Wolfgangsee knajpie Fisher-Wirt panował wzmożony ruch, ale tutaj nikomu się nie spieszy. Dlatego Kosowianin opowiada najpierw historię swoją, a potem miejsca, w którym pracuje: - Za kilka lat ma tu być modernizacja, ten budynek zostanie wyburzony, powstanie najlepszy hotel w mieście z dwudziestoma kilkoma pokojami. Restauracja jednak zostanie, oferuje genialny widok na góry i jezioro. Najlepszy. Te inne knajpy też są dobre, tutaj każdy karmi dobrze, a turyści nie narzekają również na pyszne lody, ale u nas najlepiej posiedzieć. Zwłaszcza w maju i czerwcu, bo w wakacje ruch jest jednak trochę większy. Ale nadal, hmm, nie przytłacza. Czy to dobre słowo? – pyta Kosowianin i opowiada jeszcze, że Sankt Gilgen odwiedza sporo... Koreańczyków, których już dawno nauczył się już na pierwszy rzut oka odróżniać od Japończyków. – Lubią wiązać to miejsce z historią Mozarta, choć sam Wolfgang Amadeusz nigdy tu nie był. Mieszkali tu jego dziadkowie, babcia a nawet siostra, ale on sam ostatecznie nie dotarł.

Śladami kompozytora najlepiej oczywiście wędrować w pobliskim Salzburgu (20 kilometrów do centrum górską drogą, na autostradę wyjeżdżać nie ma sensu). W Sankt Gilgen i okolicach lepiej skupić się na muzyce przyrody i wiejącego na górskich szlakach wiatru. Najlepszy widok oferuje Zwoelferhorn – z wysokości 1522 metrów urzeka nas piękno wszystkich trzech wspomnianych na początku polodowcowych jezior. Na szczyt najlepiej oczywiście się wspiąć, kilkugodzinna wyprawa po świetnie oznakowanych okolicznych szlakach to też ponoć gratka nie lada (wierzymy miejscowym, dopisujemy do listy „do zobaczenia za kilka lat”), ale z dzieciakami w upalny dzień łatwiej wjechać starą kolejką gondolową. Czteroosobowe wagoniki wyglądają jak miniaturki dawnej kolejki na Kasprowy Wierch, a widoki z nich są oczywiście nieziemskie – tak na miasteczko, z którego wyjeżdża, jak i na okoliczne jeziora. Wjazd trwa około kwadransa (tym wagonikom też się nie spieszy) i od razu widać, że gondolki nawet nie są przystosowane do przewożenia nart. Błyskawicznie burzą stereotyp Alp, które miłośnicy białego szaleństwa gdzie się tylko da, przystosowują do zjazdów. Tu, nad Wolfgangsee, Mondsee i Fuschlsee zima jest jeszcze spokojniejszym okresem niż przepiękne wiosna i jesień oraz jedyny bardziej intensywny okres wakacyjny.

Z ciekawostek warto jeszcze wspomnieć ulubiony ponoć przez austriacką arystokrację hotel Schloss Fuschl (dla pięknych widoków można wybrać się atam na kawę, ale pamiętać należy o zakrytych butach i długich spodaniach), w którym znajduje się także muzeum cesarzowej Elżbiety Bawarskiej, znanej szerszej publiczności z pięknych, choć starych filmów „Sissi”. Część zdjęć do tych klasyków kręcono zresztą właśnie tu nad Fuschlsee, a odtwórczyni tytułowej roli Romy Schneider też raczyła się wraz z ekipą miejscowymi świeżutki rybami. W należącej do hotelu tawernie poniżej zamku nadęcia nie ma zresztą żadnego, obsługa luz ma ogromny (uwaga, w wędzarni nie mówią nawet po angielsku, co pokazuje, jak mało odkryte to przez turystów miejsce), a przy drewnianych stołach nad samym jeziorem można zrobić sobie naprawdę piknik godny cesarzowej. Choćby w przerwie podróży do Włoch – by zobaczyć tę austriacką perełkę ukrytą wśród gór i Alpy przez Polaków wciąż nieodkryte, naprawdę warto.